Ugryziona (2010) [ książka ]
Informacje wydawnicze
| Tytuł oryginału: | Bitten |
| Autor: | Kelley Armstrong |
| Pierwsze wydanie | 2001 |
| Okładka wydania: | ![]() |
| Projekt graficzny okładki | Andrzej Mikołaj Wyrąbkiewicz |
| Tłumacz wydania: | Robert Lipski |
| Wydawnictwo: | Zysk i S-ka |
| Rok wydania: | 2010 |
| Wydanie: | 1 |
| ISBN: | 9788375063776 |
| Stron: | 540 |
| Rodzaj okładki: | miękka ze skrzydełkami |
| Wymiary (mm): | 130x205 |
| Data wydania: | 2010-03-09 |
| Rodzaj książki: | powieść |
| Rodzaj literacki: | fantasy |
| Średnia ocena czytelników: | 3.6 (3) |
Opis wydawcy
Przesycony zmysłowym erotyzmem thriller zaspokoi apetyt każdego miłośnika powieści grozy. Mieszkająca od roku w Toronto Elena wiedzie normalny żywot, taki o jakim zawsze marzyła: ma stałą pracę dziennikarki i miłe mieszkanko, które dzieli ze swym chłopakiem. Jest tylko jeden problem: jako jedyna na świecie kobieta-wilkołak musi skrzętnie przed nim ukrywać swoje odzywające się od czasu do czasu nieludzkie pragnienia i nocne ekspady. Adaptowana przez Watahę rok wcześniej po tym, jak została ugryziona, Elena długo pozostawała rozdarta pomiędzy dwoma światami i targana mowymi namiętnościami, których nie potrafiła okiełznać. Jedynie więc co mogła uczynić, by nie utracić człowieczeństwa, to wyprzeć się nowych pragnień i uciec. Teraz jednak Wataha wezwała Elenę do powrotu, by pomogła w walce ze zbuntowanymi wilkołakami, które są o krok od sprowadzenia zagłady na cały gatunek...
Recenzja - fantasta.pl
Na fali popularności historii miłosnych o wampirach, podjęto wreszcie decyzję, by pójść o krok dalej i już po blisko dziewięciu latach wydać po polsku kolejną książkę, tym razem ze świata wilkołaków. Ugryziona, autorstwa Kelley Armstrong, to powieść o jedynej na świecie kobiecie wilkołaku, która stara się prowadzić zwyczajny żywot wśród ludzi. Brzmi znajomo? Niestety tak. Jeszcze niedawno powieści o wampirach czy wilkołakach było w Polsce niewiele. Dzisiaj boję się otworzyć przysłowiową lodówkę, by nie wyskoczyła z niej jakaś nowość. Z jednej strony to dobre zjawisko – mam ogromną słabość do tego typu powieści, cieszę się więc, że jest w czym wybierać. Z drugiej jednak, coraz więcej wydaje się kiepskich pozycji, przez co trudno oddzielić ziarno od plew.
Ugryziona plasuje się gdzieś po środku. Daleko jej do klasy Wywiadu z wampirem (do którego zresztą, z niezrozumiałych dla mnie powodów, jest porównywana na okładce polskiego wydania), ale na szczęście nie jest to też infantylna i łzawa historyjka w klimatach Zmierzchu. Jeśli miałabym ją do czegoś przyrównać, to najpewniej wskazałabym na Laurell K. Hamilton – autorkę cyklu książek o zabójczyni wampirów, Anicie Blake. W obu powieściach bohaterkami są silne, młode, niezależne kobiety po przejściach, które lubią działać same i nie czekają na pomoc. U obu autorek mamy motyw romansu i sporo walk oraz współczesny świat, jako tło opisywanych wydarzeń. Armstrong wygrywa jednak na jednej płaszczyźnie – jej powieść nie jest „dziewczyńska”, co często zarzucałam Hamilton.
Dwa słowa na temat fabuły. Elena, bohaterka Ugryzionej straciła rodziców w wieku pięciu lat i od tego czasu tułała się po rodzinach zastępczych, była wielokrotnie wykorzystywana seksualnie i nieszczęśliwa. Po wielu latach takiego życia zmieniła się w twardą kobietę, która wie, czego chce i jak to zdobyć. Na studiach poznała Claytona, przystojnego, muskularnego i inteligentnego mężczyznę, który skrywał jednak mroczną tajemnicę. Kiedy wszystko zaczęło się układać idealnie Elena została ugryziona przez, mogłoby się wydawać, ogromnego psa i od tego wydarzenia już nic nie mogło pozostać takie samo.
Mało który człowiek jest w stanie przeżyć pierwszą Przemianę w wilkołaka. Elena przeżyła, chociaż nie chciała tego zaakceptować. Pod opiekę przygarnęła ją Wataha i stała się dla niej drugą rodziną. Tyle, że Elena pragnie takiej normalnej, prawdziwej rodziny, z mężem i dziećmi. Dlatego też zdecydowała się na ucieczkę do Toronto, gdzie po pewnym czasie zamieszkała z Philipem, który nie ma pojęcia o jej prawdziwej naturze.
Wataha ma jednak kłopoty, dlatego też Jeremy, Samiec Alfa, decyduje się wezwać Elenę do powrotu. I wtedy zaczyna się prawdziwa przygoda.
Tyle słowem wstępu. Wstępu nieco zbyt długiego i dość nudnego, ponieważ opisane przeze mnie wydarzenia rozgrywają się na blisko pięćdziesięciu stronach powieści. Myślę, że skrócenie tej części byłoby bardzo korzystnym rozwiązaniem. Jedyny wart uwagi fragment to Przemiana Eleney w jednej z uliczek Toronto i pierwszy bieg. Natura ludzka walczy tutaj z naturą wilka, który pragnie wolności, lasu, szaleńczego polowania i wyzwolenia. Człowiek po Przemianie w takich warunkach jest natomiast zawstydzony, upokorzony i nieszczęśliwy. Elena stara się pogodzić dwa różne światy, walczy o swoje człowieczeństwo, jednak nad pewnymi pragnieniami nie da się zapanować. Nie trudno więc zgadnąć, iż powrót na łono Watahy okaże się swego rodzaju wyzwoleniem.
Powieść Armstrong jest zdecydowanie za długa. Powtarzalność pewnych motywów (biegi w gromadzie wilkołaków, sceny erotyczne) nudzi, pomimo zapewnień, iż książka jest krwawa, zmysłowa, fantastyczna. Książka jest poprawna, dość ciekawa, ma kilka naprawdę udanych scen, lecz, moim zdaniem, jest zdecydowanie przegadana. Są w niej momenty, gdy tempo jest faktycznie zawrotne, jak np. fragment z pogonią za kundlem w dyskotece. Tu faktycznie jest szybko, krwawo i ciekawie, podobnie, jak w opisie polowania na jelenia, gdzie zwierzęcy głód i popęd miesza się z ludzkim planowaniem i myśleniem strategicznym. Przez większość jednak czasu niewiele się dzieje, a szkoda, bo rozważania nad dziką naturą drzemiącą w człowieku mogłyby by być naprawdę fascynujące. Tego brakuje, moim zdaniem, najbardziej. Elena opisuje wilkołaki, jako dzikie stworzenia, które nie panują nad swoimi namiętnościami, które traktują kobiety jedynie, jako obiekty seksualne i rzadko kiedy wiążą się w pary na całe życie. I nagle nic się nie zgadza. Wataha traktuje Elenę z czułością i miłością, Clay kocha ją na wieki i zrobi dla niej wszystko. Gdzie ta dzikość? Gdzie te kontrasty? W samej postaci Eleny również brakuje mi rozterek, dylematów związanych z jej zwierzęcą naturą. Elena ma mdłości, gdy widzi zwłoki, ma bardzo wyrobiony kręgosłup moralny, nie ujawnia się w niej zapowiadany dziki charakter, nad którym trudno panować. W powieści mamy jedynie echa tych problemów sprzed lat, gdy Elena zachowywała się, jak bardzo niebezpieczne zwierzę, zdające się jedynie na instynkt. Życzyłabym sobie, aby te zmory przeszłości czasem dały o sobie znać. Książka byłaby przez to ciekawsza, bardziej realistyczna, dawałaby więcej do myślenia.
Zaskakuje mnie, iż coraz częściej postaci, kojarzące się dotąd z horrorem, wtłaczane są raczej w ramy fantasy czy paranormal romance. Nie do końca podoba mi się ten zabieg i być może dlatego nie jestem obiektywna, oceniając tę powieść. Jestem jednak przekonana, iż zyska ona rzesze młodych fanów, bo napisana jest sprawnie, pomysł na fabułę był interesujący a i świat wilkołaków w nieco innym, niż stereotypowe, wydaniu może okazać się poczytny. Bardziej wyrobionym czytelnikom mogę polecić tę powieść, jako wakacyjne czytadło.
Ugryziona plasuje się gdzieś po środku. Daleko jej do klasy Wywiadu z wampirem (do którego zresztą, z niezrozumiałych dla mnie powodów, jest porównywana na okładce polskiego wydania), ale na szczęście nie jest to też infantylna i łzawa historyjka w klimatach Zmierzchu. Jeśli miałabym ją do czegoś przyrównać, to najpewniej wskazałabym na Laurell K. Hamilton – autorkę cyklu książek o zabójczyni wampirów, Anicie Blake. W obu powieściach bohaterkami są silne, młode, niezależne kobiety po przejściach, które lubią działać same i nie czekają na pomoc. U obu autorek mamy motyw romansu i sporo walk oraz współczesny świat, jako tło opisywanych wydarzeń. Armstrong wygrywa jednak na jednej płaszczyźnie – jej powieść nie jest „dziewczyńska”, co często zarzucałam Hamilton.
Dwa słowa na temat fabuły. Elena, bohaterka Ugryzionej straciła rodziców w wieku pięciu lat i od tego czasu tułała się po rodzinach zastępczych, była wielokrotnie wykorzystywana seksualnie i nieszczęśliwa. Po wielu latach takiego życia zmieniła się w twardą kobietę, która wie, czego chce i jak to zdobyć. Na studiach poznała Claytona, przystojnego, muskularnego i inteligentnego mężczyznę, który skrywał jednak mroczną tajemnicę. Kiedy wszystko zaczęło się układać idealnie Elena została ugryziona przez, mogłoby się wydawać, ogromnego psa i od tego wydarzenia już nic nie mogło pozostać takie samo.
Mało który człowiek jest w stanie przeżyć pierwszą Przemianę w wilkołaka. Elena przeżyła, chociaż nie chciała tego zaakceptować. Pod opiekę przygarnęła ją Wataha i stała się dla niej drugą rodziną. Tyle, że Elena pragnie takiej normalnej, prawdziwej rodziny, z mężem i dziećmi. Dlatego też zdecydowała się na ucieczkę do Toronto, gdzie po pewnym czasie zamieszkała z Philipem, który nie ma pojęcia o jej prawdziwej naturze.
Wataha ma jednak kłopoty, dlatego też Jeremy, Samiec Alfa, decyduje się wezwać Elenę do powrotu. I wtedy zaczyna się prawdziwa przygoda.
Tyle słowem wstępu. Wstępu nieco zbyt długiego i dość nudnego, ponieważ opisane przeze mnie wydarzenia rozgrywają się na blisko pięćdziesięciu stronach powieści. Myślę, że skrócenie tej części byłoby bardzo korzystnym rozwiązaniem. Jedyny wart uwagi fragment to Przemiana Eleney w jednej z uliczek Toronto i pierwszy bieg. Natura ludzka walczy tutaj z naturą wilka, który pragnie wolności, lasu, szaleńczego polowania i wyzwolenia. Człowiek po Przemianie w takich warunkach jest natomiast zawstydzony, upokorzony i nieszczęśliwy. Elena stara się pogodzić dwa różne światy, walczy o swoje człowieczeństwo, jednak nad pewnymi pragnieniami nie da się zapanować. Nie trudno więc zgadnąć, iż powrót na łono Watahy okaże się swego rodzaju wyzwoleniem.
Powieść Armstrong jest zdecydowanie za długa. Powtarzalność pewnych motywów (biegi w gromadzie wilkołaków, sceny erotyczne) nudzi, pomimo zapewnień, iż książka jest krwawa, zmysłowa, fantastyczna. Książka jest poprawna, dość ciekawa, ma kilka naprawdę udanych scen, lecz, moim zdaniem, jest zdecydowanie przegadana. Są w niej momenty, gdy tempo jest faktycznie zawrotne, jak np. fragment z pogonią za kundlem w dyskotece. Tu faktycznie jest szybko, krwawo i ciekawie, podobnie, jak w opisie polowania na jelenia, gdzie zwierzęcy głód i popęd miesza się z ludzkim planowaniem i myśleniem strategicznym. Przez większość jednak czasu niewiele się dzieje, a szkoda, bo rozważania nad dziką naturą drzemiącą w człowieku mogłyby by być naprawdę fascynujące. Tego brakuje, moim zdaniem, najbardziej. Elena opisuje wilkołaki, jako dzikie stworzenia, które nie panują nad swoimi namiętnościami, które traktują kobiety jedynie, jako obiekty seksualne i rzadko kiedy wiążą się w pary na całe życie. I nagle nic się nie zgadza. Wataha traktuje Elenę z czułością i miłością, Clay kocha ją na wieki i zrobi dla niej wszystko. Gdzie ta dzikość? Gdzie te kontrasty? W samej postaci Eleny również brakuje mi rozterek, dylematów związanych z jej zwierzęcą naturą. Elena ma mdłości, gdy widzi zwłoki, ma bardzo wyrobiony kręgosłup moralny, nie ujawnia się w niej zapowiadany dziki charakter, nad którym trudno panować. W powieści mamy jedynie echa tych problemów sprzed lat, gdy Elena zachowywała się, jak bardzo niebezpieczne zwierzę, zdające się jedynie na instynkt. Życzyłabym sobie, aby te zmory przeszłości czasem dały o sobie znać. Książka byłaby przez to ciekawsza, bardziej realistyczna, dawałaby więcej do myślenia.
Zaskakuje mnie, iż coraz częściej postaci, kojarzące się dotąd z horrorem, wtłaczane są raczej w ramy fantasy czy paranormal romance. Nie do końca podoba mi się ten zabieg i być może dlatego nie jestem obiektywna, oceniając tę powieść. Jestem jednak przekonana, iż zyska ona rzesze młodych fanów, bo napisana jest sprawnie, pomysł na fabułę był interesujący a i świat wilkołaków w nieco innym, niż stereotypowe, wydaniu może okazać się poczytny. Bardziej wyrobionym czytelnikom mogę polecić tę powieść, jako wakacyjne czytadło.
Agnieszka Jankowiak
Fragment
WEZWANIA
Może trochę przesadziłam, robiąc taką wielką sprawę z mojego pragnienia życia w świecie ludzi, jakby wszystkie wilkołaki odcinały się od społeczeństwa. To nieprawda. Z konieczności większość wilkołaków żyje wśród ludzi. Jeśli nie liczyć utworzenia komuny w Nowym Meksyku, nie mają większego wyboru. Świat ludzi zapewnia im pożywienie, schronienie, seks i wszystko inne, co niezbędne do życia. A jednak mimo iż żyją w tym świecie, nie uważają się za jego część. Kontakty z ludźmi postrzegają jako zło konieczne, a nastawienie wobec nich oscyluje od pogardy po ledwo skrywane rozbawienie. Są aktorami odgrywającymi swoje role, niekiedy bawią się tym, co robią ale zwykle z niekłamaną ulgą schodzą ze sceny. Nie chciałam być taka. Chciałam żyć w świecie ludzi i na tyle, na ile to możliwe być przy tym sobą. Nie wybrałam tego życia sama i nie zamierzałam mu się poddawać, porzucając wszystkie marzenia o przyszłości, zwyczajne, przeciętne marzenia o domu, rodzinie, karierze, a przede wszystkim stabilizacji. Żyjąc jako wilkołak, mogłam o tym wszystkim zapomnieć.
Dorastałam w rodzinach zastępczych. Złych rodzinach zastępczych. Nie mając swojej rodziny, jako dziecko postanowiłam, że uczynię wszystko, aby ją sobie stworzyć. To że stałam się wilkołakiem, dość skutecznie pokrzyżowało moje plany. Mimo to, nawet jeśli mąż i dzieci nie wchodzili w grę, nie oznaczało to, że nie mogłam próbować urzeczywistnić choćby części tych marzeń. Robiłam karierę dziennikarską. Zamieszkałam w Toronto. I próbowałam założyć rodzinę - choć daleką od normalności - z Philipem. Byliśmy razem do-statecznie długo, bym zaczęła wierzyć, że mam przynajmniej cień szansy na odrobinę stabilizacji. Nie mogłam uwierzyć memu szczęściu, że spotkałam kogoś tak normalnego i przyzwoitego jak Philip. Wiedziałam, czym jestem. Byłam trudna, chimeryczna, kłótliwa i wybuchowa, nie w takich kobietach gustował Philip. Oczywiście przy nim zachowywałam się inaczej. Ukrywałam tę cząstkę mnie - tę wilkołaczą - w nadziei, że w końcu pozbędę się jej jak wylinki. Przy Philipie miałam szansę, by się zmienić, stać się taką osobą za jaką mnie uważał. I dokładnie taką osobą chciałam być.
Wataha nie rozumiała, dlaczego postanowiłam żyć wśród ludzi. Nie pojmowali tego, bo nie byli tacy jak ja. Po pierwsze, nie urodziłam się wilkołakiem. Większość wilkołaków już się taka rodzi, a przynajmniej przychodzi na świat, mając w swych żyłach wilczą krew, i doświadcza pierwszej Przemiany, gdy osiąga dojrzałość. Drugim sposobem, aby stać się wilkołakiem, to zostać przez jednego z nich ugryzionym. Niewiele osób prze-żywa ugryzienie. Wilkołaki nie są głupie ani nie mają inklinacji altruistycznych. Jeżeli już gryzą to żeby zabić. Jeżeli kąsają ale nie uda im się zabić, tropią swoją ofiarę i prędzej czy później kończą, co zaczęły. To po prostu kwestia przetrwania. Jeżeli jesteś wilkołakiem, który udanie zasymilował się z jakimś miastem lub miasteczkiem, ostatnią rzeczą, jakiej pragniesz, to aby nowy, na wpół oszalały wilkołak panoszył się na twoim terytorium, mordując ludzi i zwracając na siebie uwagę. Nawet jeśli jakiś ugryziony zdoła uciec, jego szanse przeżycia są minimalne. Pierwsze kilka Przemian to istne piekło. Dziedziczne wilkołaki dorastają, poznając swoją spuściznę stopniowo, a ich poczynaniami kierują ojcowie. Ugryzione wilkołaki są zdane wyłącznie na siebie. Jeżeli nie zabije ich wysiłek fizyczny, obciążenie psychiczne pchnie ich do samobójstwa albo narobią takiego zamieszania, że jakiś inny zmiennokształtny odnajdzie ich i skróci ich cierpienia, zanim zaczną sprawiać kłopoty.
Kiedy sprawdzałam po raz ostatni, na świecie było około trzydziestu pięciu wilkołaków. I dokładnie trzy niedziedziczne, włącznie ze mną. Ze mną. Jedyną samicą wilkołaka, jaka istnieje. Gen wilkołactwa jest przekazywany wyłącznie w linii męskiej, z ojca na syna, toteż dla kobiety jedynym sposobem, aby stać się wilkołakiem, to zostać ukąszoną i przeżyć, co, jak już wspomniałam, należy do rzadkości. Zważywszy na przeciwności, wcale mnie nie dziwi, że jestem jedyna. Ugryziono mnie rozmyślnie, celowo zmieniono w wilkołaka. To doprawdy zdumiewające, że przeżyłam. Bądź co bądź, kiedy na cały gatunek składa się trzy tuziny samców i jedna samica, staje się ona łakomym kąskiem. A wilkołaki nie rozstrzygają waśni przy partyjce szachów. Nie słyną też z szacunku wobec kobiet. W świecie wilkołaków kobiety służą do dwóch rzeczy - do seksu i do jedzenia lub, jeśli okażą się leniwe, po seksie stają się kolacją. Wątpię jednak, by jakikolwiek wilkołak zechciał się mną posilić -jestem nieodpartym obiektem do zaspokajania tej pierwszej potrzeby. Pozostawiona sama sobie nie przeżyłabym. Na szczęście nie opuszczono mnie. Odkąd zostałam ugryziona, byłam pod ochroną Watahy. Każda społeczność ma swoją klasę rządzącą. Wśród wilkołaków była nią Wataha. Z powodów, które nie miały nic wspólnego ze mną za to wszystko ze statusem zmiennokształtnego, który mnie ugryzł, od chwili przeistoczenia stanowiłam część Watahy. Rok temu odeszłam. Odcięłam się od nich i nie zamierzałam wrócić. Mając wybór, czy być człowiekiem, czy wilkołakiem, wybrałam to pierwsze.
Następnego dnia Philip miał pracować do późna. Czekałam, aż zadzwoni i powie, że się spóźni, gdy pojawił się w mieszkaniu z kolacją.
- Mam nadzieję, że jesteś głodna - rzekł, stawiając na stole torbę zjedzeniem z hinduskiej restauracji.
Byłam, choć w drodze z pracy do domu pochłonęłam dwie kiełbaski od ulicznego sprzedawcy. Wcześniejszy posiłek złagodził mój głód i w zupełności wystarczyłaby mi teraz zwykła kolacja. Przystosowując się do życia wśród ludzi, nauczyłam się jeszcze wielu przydatnych sztuczek.
Philip opowiadał o pracy, wyjmując pudełka z reklamówki i przygotowując stół do kolacji. Z niekłamaną radością odsunęłam papiery na bok, pozwalając, by przyszykował dla mnie miejsce. Czasami bywam naprawdę pomocna. Nawet kiedy miałam już posiłek na talerzu, powstrzymałam się od jedzenia, by dokończyć artykuł, nad którym pracowałam. Dopiero wtedy odłożyłam ostatnią kartkę i zasiadłam do stołu.
- Mama zadzwoniła do mnie do pracy - rzekł Philip. - Zapomniała zapytać wczoraj, czy pomożesz jej zaplanować przyjęcie weselne Becky.
- Naprawdę?
Usłyszałam radość w swoim głosie i szczerze się zdziwiłam. Planowanie wesela to w sumie żaden powód do radości. Mimo to nikt wcześniej nie prosił mnie o taką pomoc. Cholera, nikt nawet nigdy nie zaprosił mnie na wesele, jeśli nie liczyć Sary z pracy, ale ona zaprosiła wszystkich swoich współpracowników.
Philip uśmiechnął się.
- Rozumiem, że się zgadzasz. Świetnie. Mama się ucieszy. Uwielbia takie rzeczy, całe to zamieszanie wo-kół planowania.
- Nie mam doświadczenia w organizowaniu wesel.
- Nic nie szkodzi. Głównym przyjęciem weselnym zajmują się druhny Becky, to będzie skromna uroczystość rodzinna. No, może nie taka skromna. Wydaje mi się, że mama zamierza zaprosić wszystkich krewnych z Ontario. Poznasz wszystkich. Mama na pewno już im o tobie mówiła. Mam nadzieję, że to nie będzie zbyt krępujące.
- Nie - odparłam. - Z przyjemnością pomogę. Już nie mogę się doczekać.
- Teraz tak mówisz. Jeszcze ich nie poznałaś.
Po kolacji Philip zszedł na dół, do fitness clubu, aby trochę poćwiczyć. Kiedy pracował w normalnych godzinach, lubił wcześniej potrenować i wcześniej się położyć, twierdząc nieodmiennie, że jest już za stary, aby sypiać po pięć godzin na dobę. Przez pierwszy miesiąc, kiedy zamieszkaliśmy razem, ćwiczyłam razem z nim. Nie było mi łatwo udawać, że z ledwością wyciskam czterdzieści pięć kilogramów na ławeczce, skoro potrafiłam poradzić sobie z pięć razy większym obciążeniem. Wreszcie któregoś dnia tak bardzo zagadałam się z jednym z naszych sąsiadów, że nie zorientowałam się, że jedną ręką ściągam na maszynie obciążenie rzędu pięćdziesięciu kilogramów i gawędzę przy tym tak swobodnie, jakbym opuszczała żaluzje. Kiedy zauważyłam, że sąsiad bacznie sprawdza wagę obciążenia, zrozumiałam swój błąd i wymyśliłam na poczekaniu jakąś bajeczkę, że najwyraźniej maszyna źle wskazuje ustawienie obciążeń. Od tamtej pory ćwiczyłam wyłącznie między północą a szóstą rano, kiedy na siłowni nie było nikogo. Philipowi wcisnęłam kit, że nocą lepiej mi się trenuje. Kupił to, ale on akceptował bez szemrania rozmaite moje ekstrawagancje. Kiedy pracował do późna, schodziłam do fitness clubu razem z nim i pokonywałam kolejne długości basenu oraz ćwiczyłam na siłowni jak wtedy, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. W innych przypadkach trenowałam sama.
Tego wieczoru, kiedy Philip wyszedł, włączyłam telewizor. Rzadko oglądałam telewizję, ale kiedy już to robiłam, pławiłam się w miazmatach reklam, przerzucając programy edukacyjne i melodramaty, by skupić się na talk-show i krzykliwych nowinkach ze świata gwiazd i gwiazdeczek. Dlaczego? Ponieważ uświadamiały mi one, że na tym świecie są ludzie popieprzeni bardziej ode mnie. Niezależnie jak kiepski miałam dzień, mogłam włączyć telewizor, zobaczyć, jak jakiś debil mówi swojej żonie i reszcie świata, że sypia z własną córką, i powiedzieć do siebie: „Cóż, jestem od nich lepsza”. Szajsowa telewizja jako terapia dla podbudowania własnej wartości. Nie sposób tego nie polubić.
Dziś w „Inside Scoop” mówiono o jakimś świrze, który prysnął parę miesięcy temu z więzienia w Północnej Karolinie. Szukanie czystej sensacji. Facet włamał się do mieszkania nieznanego mężczyzny, związał go i zastrzelił, bo - cytuję - chciał przekonać się, jakie to uczucie. Autorzy programu wypełnili scenariusz przymiotnikami w rodzaju: „dziki”, „bestialski” czy „zwierzęcy”. Bzdura. Pokażcie mi zwierzę, które zabija tylko po to, by zobaczyć, jak coś umiera. Skąd ten stereotyp zezwierzęcenia zabójców? Ponieważ ludzie to lubią. To zgrabnie tłumaczy rzeczy, których nie rozumieją wynosząc ludzi na szczyt drabiny ewolucyjnej, a zabójców strącając na sam dół, między mitologiczne pół ludzkie, pół zwierzęce monstra w rodzaju wilkołaków.
Prawda jest taka, że jeśli wilkołak zachowuje się jak psychopata, to nie dlatego, że ma w sobie coś ze zwierzęcia, lecz że nadal za bardzo pozostaje człowiekiem. Tylko ludzie zabijają dla sportu.
Program prawie się skończył, kiedy wrócił Philip.
- Przyjemny trening? - spytałam.
- Nigdy nie jest przyjemny - odparł,krzywiąc się.
- Wciąż czekam na dzień, kiedy wymyślą pigułkę, która zastąpiłaby ćwiczenia. Co oglądasz? - Nachylił się nade mną. - Już się bili?
- Biją się u Springera. Nie cierpię go. Próbowałam raz obejrzeć jego program. Wytrzymałam dziesięć mi-nut, odsiewając przekleństwa, by zrozumieć, co mówią.
W końcu stwierdziłam, że nie było tam nic prócz przekleństw - w przerwach między kolejnymi rundami bijatyki. To jak zawodowe zapasy w telewizyjnym talk-show. Choć może nie jest to zbyt trafne porównanie. Zawodowe zapasy mają przynajmniej swoją chlubną historię.
Philip zaśmiał się i zmierzwił moje włosy.
- Co powiesz na spacer? Wezmę prysznic, a ty
obejrzysz program do końca.
- Może być.
Philip pomaszerował do łazienki. Zakradłam się do lodówki i zgarnęłam kawałek provolone, który ukryłam wśród warzyw. Kiedy zadzwonił telefon, zignorowałam go. Jedzenie było ważniejsze, a skoro Philip już puścił wodę, nie usłyszy telefonu i nie zorientuje się, że nie odebrałam. Tak przynajmniej sądziłam. Kiedy usłyszałam, że zakręcił wodę, wcisnęłam ser za sałatę i pognałam do telefonu. Philip należał do tych, którzy w porze kolacji decydowali się raczej podnieść słuchawkę, niż zaufać automatycznej sekretarce. Próbowałam brać z niego przykład, przynajmniej kiedy był w pobliżu. Pokonałam pół długości mieszkania, kiedy włączyła się automatyczna sekretarka. Mój nagrany głos wyśpiewał mdląco słodkie powitanie i zaprosił dzwoniącego do pozostawienia wiadomości. I dzwoniący się nagrał.
- Eleno? Mówi Jeremy. - Zatrzymałam się w pół kroku. - Zadzwoń do mnie, proszę. To ważne.
Jego głos się urwał. W telefonie rozległ się świszczący oddech. Wiedziałam, że kusiło go, by powiedzieć coś więcej, dorzucić ultimatum w rodzaju „bo-jak-nie”, ale nie mógł tego zrobić. Mieliśmy umowę. Nie mógł tu przyjechać ani przysłać innych. Oparłam się pokusie, by pokazać automatycznej sekretarce język. A figę, nie dostaniesz mnie. Dojrzałość jest przereklamowana.
- To pilne, Eleno - ciągnął Jeremy. - Wiesz, że
nie dzwoniłbym, gdyby było inaczej.
Philip sięgnął po telefon, ale Jeremy już się rozłączył. Podniósł słuchawkę i podsunął w moją stronę. Odwróciłam wzrok i podeszłam do kanapy.
- Nie oddzwonisz? - zapytał.
- Nie zostawił numeru.
Sprawiał wrażenie, jakby spodziewał się, że go znasz. A w ogóle kto to był?
- Eee... daleki kuzyn.
- A więc moja tajemnicza sierotka ma rodzinę?
Chciałbym któregoś dnia poznać tego kuzyna.
- Uwierz mi, nie chciałbyś.
Zaśmiał się.
- Uczciwie byłoby odwzajemnić nawet wątpliwą przyjemność. Ja zapoznałem cię z moją toksyczną rodzinką. Po przyjęciu weselnym Becky będziesz chciała odpłacić mi pięknym za nadobne. Wyszukaj szurniętych kuzynów, którzy spędzili całe lata zamknięci na jakimś ciemnym strychu. Choć jak przypuszczam, szurnięci kuzyni nie byliby jeszcze tacy źli. W porównaniu z tym, co cię czeka, ma się rozumieć. To lepsze niż stryjeczne babki, które od dzieciństwa opowiadają ci te same historie i zasypiają przy deserze.
Wywróciłam oczami.
- Gotowy na spacer?
- Dokończę tylko prysznic. Może zadzwonisz pod 411?
I dać się skasować niezależnie od tego, czy podadzą mi numer czy nie
- To nie wyniesie cię nawet dolara. Stać nas na to. Zadzwoń. Jeżeli nie uda ci się znaleźć jego numeru, to może złapiesz kogoś innego, kto poda ci do niego telefon. Tych kuzynów musi być przecież więcej, prawda?
- Sądzisz, że mają na tych strychach telefony? Mieliby szczęście, mając w ogóle prąd.
- Zadzwoń, Eleno - rzekł udawanie groźnym głosem, znikając za drzwiami łazienki.
Kiedy tylko wyszedł, wlepiłam wzrok w aparat. Phi-lip mógł sobie żartować, ale wiedziałam, że naprawdę liczył, iż oddzwonię do Jeremy’ego. W sumie czemu nie? Tak by zrobił każdy normalny człowiek. Philip usłyszał wiadomość i niepokojącą nutę w głosie Jeremy’ego. Odmawiając odpowiedzi na-jak się wydawało - bardzo ważny telefon, musiałabym wydać się nieczuła i zimna. Człowiek by oddzwonił. Chciałam być kobietą która oddzwania po odebraniu takiej wiadomości. Mogłam udać, że zadzwoniłam. To było kuszące, ale nie powstrzymałoby Jeremy’ego przed zadzwonieniem jeszcze raz... drugi... trzeci... bez końca. Nie po raz pierwszy próbował skontaktować się ze mną w ciągu ostatnich paru dni. Wilkołaki dysponują w ograniczonym stopniu zdolnością telepatii. Jeremy wyniósł tę zdolność do rangi sztuki, głównie dlatego, że dawała mu ona jeszcze jedną możliwość, by zaleźć komuś za skórę i nękać go tak długo, aż zrobił, czego od niego żądał. Kiedy próbował się ze mną skontaktować, skutecznie go blokowałam. Dlatego zdecydował się w końcu na telefon. To nie tak efektywne jak bombardowanie czyjegoś mózgu, ale po paru dniach zapełniania taśmy automatycznej sekretarki poddałabym się, choćby tylko po to, by się od niego uwolnić. Stanęłam przy aparacie, zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Mogłam to zrobić. Mogłam zadzwonić, dowiedzieć się, czego chciał Jeremy, uprzejmie podziękować, że dał mi znać i odmówić wykonania tego, czego ode mnie chciał, bo byłam pewna, że będzie czegoś chciał. Nawet jeśli Jeremy był samcem alfa, a ja zostałam uwarunkowana, by być mu posłuszną, nie musiałam już tego robić. Nie należałam do Watahy. Nie miał nade mną władzy. Podniosłam słuchawkę i wystukałam numer z pamięci. Po czwartym sygnale włączyła się automatyczna sekretarka. Usłyszałam początek nagrania, nie głos Jeremy’ego, lecz kogoś innego, z silnym południowym akcentem, którego dźwięk sprawił, że miałam chęć natychmiast rzucić słuchawkę. Pot za-perlił się na moim czole. Temperatura w pokoju skoczyła w jednej chwili o sto stopni, wypalając połowę tlenu. Przetarłam twarz dłonią, pokręciłam głową i poszłam znaleźć buty, by iść z Philipem na spacer.
Następnego ranka przed śniadaniem Philip zapytał, o co chodziło Jeremy’emu. Przyznałam, że nie udało mi się z nim skontaktować, ale obiecałam, że nadal będę próbować. Kiedy zjedliśmy, Philip zszedł na dół po gazetę. Zadzwoniłam do Jeremy’ego i znów włączyła się sekretarka. Choć trudno mi było się do tego przyznać, zaczęłam się martwić. To nie była moja wina. Niepokój o moich dawnych braci z Watahy był instynktowny, niemożliwy do opanowania. A przynajmniej tak sobie powtarzałam, kiedy moje serce załomotało silniej przy trzecim nieodebranym połączeniu.
Jeremy powinien tam być. Rzadko opuszczał Stonehaven, wolał prowadzić swe rządy z miejsca będącego jego siedzibą władzy, podczas gdy brudną robotą zajmowali się wierni poddani. No dobrze, to nie była do końca uczciwa opinia na temat stylu przywództwa Jeremy’ego, ale nie byłam w nastroju, by kogokolwiek chwalić. Chciał, żebym zadzwoniła, więc, do licha, powinien czekać przy telefonie.
Kiedy wrócił Philip, zastał mnie czuwającą przy aparacie i wpatrującą się weń, jakbym chciała siłą woli zmusić Jeremy’ego, aby podniósł słuchawkę.
- Wciąż nie odbiera? - spytał Philip.
Pokręciłam głową. Przyglądał mi się uważniej, niż
lubiłam. Kiedy się odwróciłam, podszedł i położył mi rękę na ramieniu.
- Martwisz się.
- Właściwie to nie. Ja tylko...
- Nic nie szkodzi, kochanie. Gdyby chodziło o moją rodzinę, też bym się martwił. Może powinnaś tam po
jechać. Zobaczyć, co się stało. Wydaje się, że chodziło
o coś nagłego.
Odsunęłam się od niego.
- Nie, to jakiś absurd. Wciąż wydzwaniam...
- Chodzi o rodzinę, kochanie - powiedział, jakby to był koronny argument przeciwko wszystkim działom, jakie mogłam wytoczyć.
I dla niego rzeczywiście tak było. To jedyna rzecz, wobec której nie mogłam zaoponować. Kiedy Philip i ja zaczęliśmy być ze sobą i zbliżał się końcowy termin wynajmu przez niego mieszkania, dał mi jasno do zrozumienia, że chciałby się do mnie wprowadzić, ja jednak odmówiłam. Potem zabrał mnie na zjazd rodzinny. Tam poznałam jego matkę, ojca i siostrę, zobaczyłam, jakie są między nimi relacje i jak ważną rolę odgrywali ci ludzie w jego życiu. Następnego dnia powiedziałam, by nie przedłużał umowy najmu. Teraz Philip spodziewał się, że ruszę z pomocą komuś, kogo uważał za członka mojej rodziny. Czy gdybym odmówiła, pomyślałby, że nie jestem osobą, na której mu zależało? Wolałam nie ryzykować. Obiecałam, że będę jeszcze próbować. I da-łam słowo, że jeśli nie dodzwonię się do Jeremy’ego do południa, polecę do stanu Nowy Jork, by dowiedzieć się, co się stało.
Za każdym razem, kiedy dzwoniłam przez następnych kilka godzin, modliłam się, by odebrał. Ale zawsze włączała się tylko automatyczna sekretarka.
Po lunchu Philip odwiózł mnie na lotnisko.
Może trochę przesadziłam, robiąc taką wielką sprawę z mojego pragnienia życia w świecie ludzi, jakby wszystkie wilkołaki odcinały się od społeczeństwa. To nieprawda. Z konieczności większość wilkołaków żyje wśród ludzi. Jeśli nie liczyć utworzenia komuny w Nowym Meksyku, nie mają większego wyboru. Świat ludzi zapewnia im pożywienie, schronienie, seks i wszystko inne, co niezbędne do życia. A jednak mimo iż żyją w tym świecie, nie uważają się za jego część. Kontakty z ludźmi postrzegają jako zło konieczne, a nastawienie wobec nich oscyluje od pogardy po ledwo skrywane rozbawienie. Są aktorami odgrywającymi swoje role, niekiedy bawią się tym, co robią ale zwykle z niekłamaną ulgą schodzą ze sceny. Nie chciałam być taka. Chciałam żyć w świecie ludzi i na tyle, na ile to możliwe być przy tym sobą. Nie wybrałam tego życia sama i nie zamierzałam mu się poddawać, porzucając wszystkie marzenia o przyszłości, zwyczajne, przeciętne marzenia o domu, rodzinie, karierze, a przede wszystkim stabilizacji. Żyjąc jako wilkołak, mogłam o tym wszystkim zapomnieć.
Dorastałam w rodzinach zastępczych. Złych rodzinach zastępczych. Nie mając swojej rodziny, jako dziecko postanowiłam, że uczynię wszystko, aby ją sobie stworzyć. To że stałam się wilkołakiem, dość skutecznie pokrzyżowało moje plany. Mimo to, nawet jeśli mąż i dzieci nie wchodzili w grę, nie oznaczało to, że nie mogłam próbować urzeczywistnić choćby części tych marzeń. Robiłam karierę dziennikarską. Zamieszkałam w Toronto. I próbowałam założyć rodzinę - choć daleką od normalności - z Philipem. Byliśmy razem do-statecznie długo, bym zaczęła wierzyć, że mam przynajmniej cień szansy na odrobinę stabilizacji. Nie mogłam uwierzyć memu szczęściu, że spotkałam kogoś tak normalnego i przyzwoitego jak Philip. Wiedziałam, czym jestem. Byłam trudna, chimeryczna, kłótliwa i wybuchowa, nie w takich kobietach gustował Philip. Oczywiście przy nim zachowywałam się inaczej. Ukrywałam tę cząstkę mnie - tę wilkołaczą - w nadziei, że w końcu pozbędę się jej jak wylinki. Przy Philipie miałam szansę, by się zmienić, stać się taką osobą za jaką mnie uważał. I dokładnie taką osobą chciałam być.
Wataha nie rozumiała, dlaczego postanowiłam żyć wśród ludzi. Nie pojmowali tego, bo nie byli tacy jak ja. Po pierwsze, nie urodziłam się wilkołakiem. Większość wilkołaków już się taka rodzi, a przynajmniej przychodzi na świat, mając w swych żyłach wilczą krew, i doświadcza pierwszej Przemiany, gdy osiąga dojrzałość. Drugim sposobem, aby stać się wilkołakiem, to zostać przez jednego z nich ugryzionym. Niewiele osób prze-żywa ugryzienie. Wilkołaki nie są głupie ani nie mają inklinacji altruistycznych. Jeżeli już gryzą to żeby zabić. Jeżeli kąsają ale nie uda im się zabić, tropią swoją ofiarę i prędzej czy później kończą, co zaczęły. To po prostu kwestia przetrwania. Jeżeli jesteś wilkołakiem, który udanie zasymilował się z jakimś miastem lub miasteczkiem, ostatnią rzeczą, jakiej pragniesz, to aby nowy, na wpół oszalały wilkołak panoszył się na twoim terytorium, mordując ludzi i zwracając na siebie uwagę. Nawet jeśli jakiś ugryziony zdoła uciec, jego szanse przeżycia są minimalne. Pierwsze kilka Przemian to istne piekło. Dziedziczne wilkołaki dorastają, poznając swoją spuściznę stopniowo, a ich poczynaniami kierują ojcowie. Ugryzione wilkołaki są zdane wyłącznie na siebie. Jeżeli nie zabije ich wysiłek fizyczny, obciążenie psychiczne pchnie ich do samobójstwa albo narobią takiego zamieszania, że jakiś inny zmiennokształtny odnajdzie ich i skróci ich cierpienia, zanim zaczną sprawiać kłopoty.
Kiedy sprawdzałam po raz ostatni, na świecie było około trzydziestu pięciu wilkołaków. I dokładnie trzy niedziedziczne, włącznie ze mną. Ze mną. Jedyną samicą wilkołaka, jaka istnieje. Gen wilkołactwa jest przekazywany wyłącznie w linii męskiej, z ojca na syna, toteż dla kobiety jedynym sposobem, aby stać się wilkołakiem, to zostać ukąszoną i przeżyć, co, jak już wspomniałam, należy do rzadkości. Zważywszy na przeciwności, wcale mnie nie dziwi, że jestem jedyna. Ugryziono mnie rozmyślnie, celowo zmieniono w wilkołaka. To doprawdy zdumiewające, że przeżyłam. Bądź co bądź, kiedy na cały gatunek składa się trzy tuziny samców i jedna samica, staje się ona łakomym kąskiem. A wilkołaki nie rozstrzygają waśni przy partyjce szachów. Nie słyną też z szacunku wobec kobiet. W świecie wilkołaków kobiety służą do dwóch rzeczy - do seksu i do jedzenia lub, jeśli okażą się leniwe, po seksie stają się kolacją. Wątpię jednak, by jakikolwiek wilkołak zechciał się mną posilić -jestem nieodpartym obiektem do zaspokajania tej pierwszej potrzeby. Pozostawiona sama sobie nie przeżyłabym. Na szczęście nie opuszczono mnie. Odkąd zostałam ugryziona, byłam pod ochroną Watahy. Każda społeczność ma swoją klasę rządzącą. Wśród wilkołaków była nią Wataha. Z powodów, które nie miały nic wspólnego ze mną za to wszystko ze statusem zmiennokształtnego, który mnie ugryzł, od chwili przeistoczenia stanowiłam część Watahy. Rok temu odeszłam. Odcięłam się od nich i nie zamierzałam wrócić. Mając wybór, czy być człowiekiem, czy wilkołakiem, wybrałam to pierwsze.
Następnego dnia Philip miał pracować do późna. Czekałam, aż zadzwoni i powie, że się spóźni, gdy pojawił się w mieszkaniu z kolacją.
- Mam nadzieję, że jesteś głodna - rzekł, stawiając na stole torbę zjedzeniem z hinduskiej restauracji.
Byłam, choć w drodze z pracy do domu pochłonęłam dwie kiełbaski od ulicznego sprzedawcy. Wcześniejszy posiłek złagodził mój głód i w zupełności wystarczyłaby mi teraz zwykła kolacja. Przystosowując się do życia wśród ludzi, nauczyłam się jeszcze wielu przydatnych sztuczek.
Philip opowiadał o pracy, wyjmując pudełka z reklamówki i przygotowując stół do kolacji. Z niekłamaną radością odsunęłam papiery na bok, pozwalając, by przyszykował dla mnie miejsce. Czasami bywam naprawdę pomocna. Nawet kiedy miałam już posiłek na talerzu, powstrzymałam się od jedzenia, by dokończyć artykuł, nad którym pracowałam. Dopiero wtedy odłożyłam ostatnią kartkę i zasiadłam do stołu.
- Mama zadzwoniła do mnie do pracy - rzekł Philip. - Zapomniała zapytać wczoraj, czy pomożesz jej zaplanować przyjęcie weselne Becky.
- Naprawdę?
Usłyszałam radość w swoim głosie i szczerze się zdziwiłam. Planowanie wesela to w sumie żaden powód do radości. Mimo to nikt wcześniej nie prosił mnie o taką pomoc. Cholera, nikt nawet nigdy nie zaprosił mnie na wesele, jeśli nie liczyć Sary z pracy, ale ona zaprosiła wszystkich swoich współpracowników.
Philip uśmiechnął się.
- Rozumiem, że się zgadzasz. Świetnie. Mama się ucieszy. Uwielbia takie rzeczy, całe to zamieszanie wo-kół planowania.
- Nie mam doświadczenia w organizowaniu wesel.
- Nic nie szkodzi. Głównym przyjęciem weselnym zajmują się druhny Becky, to będzie skromna uroczystość rodzinna. No, może nie taka skromna. Wydaje mi się, że mama zamierza zaprosić wszystkich krewnych z Ontario. Poznasz wszystkich. Mama na pewno już im o tobie mówiła. Mam nadzieję, że to nie będzie zbyt krępujące.
- Nie - odparłam. - Z przyjemnością pomogę. Już nie mogę się doczekać.
- Teraz tak mówisz. Jeszcze ich nie poznałaś.
Po kolacji Philip zszedł na dół, do fitness clubu, aby trochę poćwiczyć. Kiedy pracował w normalnych godzinach, lubił wcześniej potrenować i wcześniej się położyć, twierdząc nieodmiennie, że jest już za stary, aby sypiać po pięć godzin na dobę. Przez pierwszy miesiąc, kiedy zamieszkaliśmy razem, ćwiczyłam razem z nim. Nie było mi łatwo udawać, że z ledwością wyciskam czterdzieści pięć kilogramów na ławeczce, skoro potrafiłam poradzić sobie z pięć razy większym obciążeniem. Wreszcie któregoś dnia tak bardzo zagadałam się z jednym z naszych sąsiadów, że nie zorientowałam się, że jedną ręką ściągam na maszynie obciążenie rzędu pięćdziesięciu kilogramów i gawędzę przy tym tak swobodnie, jakbym opuszczała żaluzje. Kiedy zauważyłam, że sąsiad bacznie sprawdza wagę obciążenia, zrozumiałam swój błąd i wymyśliłam na poczekaniu jakąś bajeczkę, że najwyraźniej maszyna źle wskazuje ustawienie obciążeń. Od tamtej pory ćwiczyłam wyłącznie między północą a szóstą rano, kiedy na siłowni nie było nikogo. Philipowi wcisnęłam kit, że nocą lepiej mi się trenuje. Kupił to, ale on akceptował bez szemrania rozmaite moje ekstrawagancje. Kiedy pracował do późna, schodziłam do fitness clubu razem z nim i pokonywałam kolejne długości basenu oraz ćwiczyłam na siłowni jak wtedy, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. W innych przypadkach trenowałam sama.
Tego wieczoru, kiedy Philip wyszedł, włączyłam telewizor. Rzadko oglądałam telewizję, ale kiedy już to robiłam, pławiłam się w miazmatach reklam, przerzucając programy edukacyjne i melodramaty, by skupić się na talk-show i krzykliwych nowinkach ze świata gwiazd i gwiazdeczek. Dlaczego? Ponieważ uświadamiały mi one, że na tym świecie są ludzie popieprzeni bardziej ode mnie. Niezależnie jak kiepski miałam dzień, mogłam włączyć telewizor, zobaczyć, jak jakiś debil mówi swojej żonie i reszcie świata, że sypia z własną córką, i powiedzieć do siebie: „Cóż, jestem od nich lepsza”. Szajsowa telewizja jako terapia dla podbudowania własnej wartości. Nie sposób tego nie polubić.
Dziś w „Inside Scoop” mówiono o jakimś świrze, który prysnął parę miesięcy temu z więzienia w Północnej Karolinie. Szukanie czystej sensacji. Facet włamał się do mieszkania nieznanego mężczyzny, związał go i zastrzelił, bo - cytuję - chciał przekonać się, jakie to uczucie. Autorzy programu wypełnili scenariusz przymiotnikami w rodzaju: „dziki”, „bestialski” czy „zwierzęcy”. Bzdura. Pokażcie mi zwierzę, które zabija tylko po to, by zobaczyć, jak coś umiera. Skąd ten stereotyp zezwierzęcenia zabójców? Ponieważ ludzie to lubią. To zgrabnie tłumaczy rzeczy, których nie rozumieją wynosząc ludzi na szczyt drabiny ewolucyjnej, a zabójców strącając na sam dół, między mitologiczne pół ludzkie, pół zwierzęce monstra w rodzaju wilkołaków.
Prawda jest taka, że jeśli wilkołak zachowuje się jak psychopata, to nie dlatego, że ma w sobie coś ze zwierzęcia, lecz że nadal za bardzo pozostaje człowiekiem. Tylko ludzie zabijają dla sportu.
Program prawie się skończył, kiedy wrócił Philip.
- Przyjemny trening? - spytałam.
- Nigdy nie jest przyjemny - odparł,krzywiąc się.
- Wciąż czekam na dzień, kiedy wymyślą pigułkę, która zastąpiłaby ćwiczenia. Co oglądasz? - Nachylił się nade mną. - Już się bili?
- Biją się u Springera. Nie cierpię go. Próbowałam raz obejrzeć jego program. Wytrzymałam dziesięć mi-nut, odsiewając przekleństwa, by zrozumieć, co mówią.
W końcu stwierdziłam, że nie było tam nic prócz przekleństw - w przerwach między kolejnymi rundami bijatyki. To jak zawodowe zapasy w telewizyjnym talk-show. Choć może nie jest to zbyt trafne porównanie. Zawodowe zapasy mają przynajmniej swoją chlubną historię.
Philip zaśmiał się i zmierzwił moje włosy.
- Co powiesz na spacer? Wezmę prysznic, a ty
obejrzysz program do końca.
- Może być.
Philip pomaszerował do łazienki. Zakradłam się do lodówki i zgarnęłam kawałek provolone, który ukryłam wśród warzyw. Kiedy zadzwonił telefon, zignorowałam go. Jedzenie było ważniejsze, a skoro Philip już puścił wodę, nie usłyszy telefonu i nie zorientuje się, że nie odebrałam. Tak przynajmniej sądziłam. Kiedy usłyszałam, że zakręcił wodę, wcisnęłam ser za sałatę i pognałam do telefonu. Philip należał do tych, którzy w porze kolacji decydowali się raczej podnieść słuchawkę, niż zaufać automatycznej sekretarce. Próbowałam brać z niego przykład, przynajmniej kiedy był w pobliżu. Pokonałam pół długości mieszkania, kiedy włączyła się automatyczna sekretarka. Mój nagrany głos wyśpiewał mdląco słodkie powitanie i zaprosił dzwoniącego do pozostawienia wiadomości. I dzwoniący się nagrał.
- Eleno? Mówi Jeremy. - Zatrzymałam się w pół kroku. - Zadzwoń do mnie, proszę. To ważne.
Jego głos się urwał. W telefonie rozległ się świszczący oddech. Wiedziałam, że kusiło go, by powiedzieć coś więcej, dorzucić ultimatum w rodzaju „bo-jak-nie”, ale nie mógł tego zrobić. Mieliśmy umowę. Nie mógł tu przyjechać ani przysłać innych. Oparłam się pokusie, by pokazać automatycznej sekretarce język. A figę, nie dostaniesz mnie. Dojrzałość jest przereklamowana.
- To pilne, Eleno - ciągnął Jeremy. - Wiesz, że
nie dzwoniłbym, gdyby było inaczej.
Philip sięgnął po telefon, ale Jeremy już się rozłączył. Podniósł słuchawkę i podsunął w moją stronę. Odwróciłam wzrok i podeszłam do kanapy.
- Nie oddzwonisz? - zapytał.
- Nie zostawił numeru.
Sprawiał wrażenie, jakby spodziewał się, że go znasz. A w ogóle kto to był?
- Eee... daleki kuzyn.
- A więc moja tajemnicza sierotka ma rodzinę?
Chciałbym któregoś dnia poznać tego kuzyna.
- Uwierz mi, nie chciałbyś.
Zaśmiał się.
- Uczciwie byłoby odwzajemnić nawet wątpliwą przyjemność. Ja zapoznałem cię z moją toksyczną rodzinką. Po przyjęciu weselnym Becky będziesz chciała odpłacić mi pięknym za nadobne. Wyszukaj szurniętych kuzynów, którzy spędzili całe lata zamknięci na jakimś ciemnym strychu. Choć jak przypuszczam, szurnięci kuzyni nie byliby jeszcze tacy źli. W porównaniu z tym, co cię czeka, ma się rozumieć. To lepsze niż stryjeczne babki, które od dzieciństwa opowiadają ci te same historie i zasypiają przy deserze.
Wywróciłam oczami.
- Gotowy na spacer?
- Dokończę tylko prysznic. Może zadzwonisz pod 411?
I dać się skasować niezależnie od tego, czy podadzą mi numer czy nie
- To nie wyniesie cię nawet dolara. Stać nas na to. Zadzwoń. Jeżeli nie uda ci się znaleźć jego numeru, to może złapiesz kogoś innego, kto poda ci do niego telefon. Tych kuzynów musi być przecież więcej, prawda?
- Sądzisz, że mają na tych strychach telefony? Mieliby szczęście, mając w ogóle prąd.
- Zadzwoń, Eleno - rzekł udawanie groźnym głosem, znikając za drzwiami łazienki.
Kiedy tylko wyszedł, wlepiłam wzrok w aparat. Phi-lip mógł sobie żartować, ale wiedziałam, że naprawdę liczył, iż oddzwonię do Jeremy’ego. W sumie czemu nie? Tak by zrobił każdy normalny człowiek. Philip usłyszał wiadomość i niepokojącą nutę w głosie Jeremy’ego. Odmawiając odpowiedzi na-jak się wydawało - bardzo ważny telefon, musiałabym wydać się nieczuła i zimna. Człowiek by oddzwonił. Chciałam być kobietą która oddzwania po odebraniu takiej wiadomości. Mogłam udać, że zadzwoniłam. To było kuszące, ale nie powstrzymałoby Jeremy’ego przed zadzwonieniem jeszcze raz... drugi... trzeci... bez końca. Nie po raz pierwszy próbował skontaktować się ze mną w ciągu ostatnich paru dni. Wilkołaki dysponują w ograniczonym stopniu zdolnością telepatii. Jeremy wyniósł tę zdolność do rangi sztuki, głównie dlatego, że dawała mu ona jeszcze jedną możliwość, by zaleźć komuś za skórę i nękać go tak długo, aż zrobił, czego od niego żądał. Kiedy próbował się ze mną skontaktować, skutecznie go blokowałam. Dlatego zdecydował się w końcu na telefon. To nie tak efektywne jak bombardowanie czyjegoś mózgu, ale po paru dniach zapełniania taśmy automatycznej sekretarki poddałabym się, choćby tylko po to, by się od niego uwolnić. Stanęłam przy aparacie, zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Mogłam to zrobić. Mogłam zadzwonić, dowiedzieć się, czego chciał Jeremy, uprzejmie podziękować, że dał mi znać i odmówić wykonania tego, czego ode mnie chciał, bo byłam pewna, że będzie czegoś chciał. Nawet jeśli Jeremy był samcem alfa, a ja zostałam uwarunkowana, by być mu posłuszną, nie musiałam już tego robić. Nie należałam do Watahy. Nie miał nade mną władzy. Podniosłam słuchawkę i wystukałam numer z pamięci. Po czwartym sygnale włączyła się automatyczna sekretarka. Usłyszałam początek nagrania, nie głos Jeremy’ego, lecz kogoś innego, z silnym południowym akcentem, którego dźwięk sprawił, że miałam chęć natychmiast rzucić słuchawkę. Pot za-perlił się na moim czole. Temperatura w pokoju skoczyła w jednej chwili o sto stopni, wypalając połowę tlenu. Przetarłam twarz dłonią, pokręciłam głową i poszłam znaleźć buty, by iść z Philipem na spacer.
Następnego ranka przed śniadaniem Philip zapytał, o co chodziło Jeremy’emu. Przyznałam, że nie udało mi się z nim skontaktować, ale obiecałam, że nadal będę próbować. Kiedy zjedliśmy, Philip zszedł na dół po gazetę. Zadzwoniłam do Jeremy’ego i znów włączyła się sekretarka. Choć trudno mi było się do tego przyznać, zaczęłam się martwić. To nie była moja wina. Niepokój o moich dawnych braci z Watahy był instynktowny, niemożliwy do opanowania. A przynajmniej tak sobie powtarzałam, kiedy moje serce załomotało silniej przy trzecim nieodebranym połączeniu.
Jeremy powinien tam być. Rzadko opuszczał Stonehaven, wolał prowadzić swe rządy z miejsca będącego jego siedzibą władzy, podczas gdy brudną robotą zajmowali się wierni poddani. No dobrze, to nie była do końca uczciwa opinia na temat stylu przywództwa Jeremy’ego, ale nie byłam w nastroju, by kogokolwiek chwalić. Chciał, żebym zadzwoniła, więc, do licha, powinien czekać przy telefonie.
Kiedy wrócił Philip, zastał mnie czuwającą przy aparacie i wpatrującą się weń, jakbym chciała siłą woli zmusić Jeremy’ego, aby podniósł słuchawkę.
- Wciąż nie odbiera? - spytał Philip.
Pokręciłam głową. Przyglądał mi się uważniej, niż
lubiłam. Kiedy się odwróciłam, podszedł i położył mi rękę na ramieniu.
- Martwisz się.
- Właściwie to nie. Ja tylko...
- Nic nie szkodzi, kochanie. Gdyby chodziło o moją rodzinę, też bym się martwił. Może powinnaś tam po
jechać. Zobaczyć, co się stało. Wydaje się, że chodziło
o coś nagłego.
Odsunęłam się od niego.
- Nie, to jakiś absurd. Wciąż wydzwaniam...
- Chodzi o rodzinę, kochanie - powiedział, jakby to był koronny argument przeciwko wszystkim działom, jakie mogłam wytoczyć.
I dla niego rzeczywiście tak było. To jedyna rzecz, wobec której nie mogłam zaoponować. Kiedy Philip i ja zaczęliśmy być ze sobą i zbliżał się końcowy termin wynajmu przez niego mieszkania, dał mi jasno do zrozumienia, że chciałby się do mnie wprowadzić, ja jednak odmówiłam. Potem zabrał mnie na zjazd rodzinny. Tam poznałam jego matkę, ojca i siostrę, zobaczyłam, jakie są między nimi relacje i jak ważną rolę odgrywali ci ludzie w jego życiu. Następnego dnia powiedziałam, by nie przedłużał umowy najmu. Teraz Philip spodziewał się, że ruszę z pomocą komuś, kogo uważał za członka mojej rodziny. Czy gdybym odmówiła, pomyślałby, że nie jestem osobą, na której mu zależało? Wolałam nie ryzykować. Obiecałam, że będę jeszcze próbować. I da-łam słowo, że jeśli nie dodzwonię się do Jeremy’ego do południa, polecę do stanu Nowy Jork, by dowiedzieć się, co się stało.
Za każdym razem, kiedy dzwoniłam przez następnych kilka godzin, modliłam się, by odebrał. Ale zawsze włączała się tylko automatyczna sekretarka.
Po lunchu Philip odwiózł mnie na lotnisko.

