Requiem (2010) [ książka ]
Informacje wydawnicze
| Tytuł oryginału: | Requiem |
| Autor: | Graham William Joyce |
| Pierwsze wydanie | 1995 |
| Okładka wydania: | ![]() |
| Projekt graficzny okładki | Jacek Wiśniewski |
| Tłumacz wydania: | Martyna Plisenko |
| Wydawnictwo: | Solaris |
| Rok wydania: | 2010 |
| Wydanie: | 1 |
| ISBN: | 9788375900347 |
| Stron: | 302 |
| Rodzaj okładki: | miękka ze skrzydełkami |
| Wymiary (mm): | 123x195 |
| Data wydania: | 2010-04-07 |
| Rodzaj książki: | powieść |
| Rodzaj literacki: | fantasy |
| Seria wydawnicza: | Rubieże |
| Recenzja: | Zaginiona-biblioteka |
| Średnia ocena czytelników: | 5.2 (3) |
Opis wydawcy
W “Requiem” Joyce mierzy się z egzotyką współczesnej Jerozolimy, posługując się bogatym zapleczem kulturowym tego miasta jako tłem dla porywającej historii o religii, spisku i miłości przekraczającej granice śmierci.
Tom Webster, dręczony poczuciem winy po bezsensownej, przypadkowej śmierci swojej żony, rzuca pracę w angielskiej szkole i jedzie do Jerozolimy, do swojej wieloletniej przyjaciółki i byłej kochanki, Sharon, obecnie wykonującej zawód psychoterapeutki. Wkrótce zaczyna mieć halucynacje. Jednak może to wcale nie omamy, może z otchłani czasu i przestrzeni sięgają po niego dżiny?
Tom wchodzi w posiadanie pewnego, nieznanego dotąd, Zwoju znad Morza Martwego. Czy jego autorem jest sam Jezus? A może ktoś, czyją rolę u jego boku chrześcijaństwo od wieków stara się zdyskredytować? Treść tego starożytnego manuskryptu może zburzyć podstawy całego świata chrześcijańskiego, a w jego posiadanie chcą wejść wszyscy gracze – Żydzi, Arabowie i Watykan.
Jerozolima Joyce’a jest pełna zarazem nędzy i splendoru, znaczenia religijnego i walk politycznych, a Tom musi ustalić, co próbują mu przekazać posłańcy ze świata realnego i nadprzyrodzonego. Rozwiązanie okazuje się być niemal czysto osobiste, jakby ciężar historii i symboli judaizmu, chrześcijaństwa i islamu miał znaczenie tylko jako klucz do ludzkiej duszy.
Tom Webster, dręczony poczuciem winy po bezsensownej, przypadkowej śmierci swojej żony, rzuca pracę w angielskiej szkole i jedzie do Jerozolimy, do swojej wieloletniej przyjaciółki i byłej kochanki, Sharon, obecnie wykonującej zawód psychoterapeutki. Wkrótce zaczyna mieć halucynacje. Jednak może to wcale nie omamy, może z otchłani czasu i przestrzeni sięgają po niego dżiny?
Tom wchodzi w posiadanie pewnego, nieznanego dotąd, Zwoju znad Morza Martwego. Czy jego autorem jest sam Jezus? A może ktoś, czyją rolę u jego boku chrześcijaństwo od wieków stara się zdyskredytować? Treść tego starożytnego manuskryptu może zburzyć podstawy całego świata chrześcijańskiego, a w jego posiadanie chcą wejść wszyscy gracze – Żydzi, Arabowie i Watykan.
Jerozolima Joyce’a jest pełna zarazem nędzy i splendoru, znaczenia religijnego i walk politycznych, a Tom musi ustalić, co próbują mu przekazać posłańcy ze świata realnego i nadprzyrodzonego. Rozwiązanie okazuje się być niemal czysto osobiste, jakby ciężar historii i symboli judaizmu, chrześcijaństwa i islamu miał znaczenie tylko jako klucz do ludzkiej duszy.
Recenzja - fantasta.pl
Baczny obserwator Zachodniej kultury popularnej może zauważyć wyraźną w ostatnich kilkunastu latach tendencję do eksploracji tematyki związanej z korzeniami chrześcijaństwa, czyli, jak by nie patrzeć, religii stanowiącej jeden z najważniejszych fundamentów naszej cywilizacji. Początek tego zjawiska sięga w czasie nawet dalej, do dzieł Umberto Eco (z Wahadłem Foucaulta na czele), jednak obecnie czołowym przedstawicielem literackiego nurtu łączącego powieść sensacyjną z „apokryficzną” stroną historii chrześcijaństwa jest niewątpliwie Dan Brown. Jakkolwiek nie oceniać umiejętności i dorobku tego pisarza przyznać trzeba, że jego bestsellerowe powieści przyczyniły się do swoistej mody na teorie spiskowe, czy też alternatywne (względem ewangelicznej) historie życia Jezusa z Nazaretu. W nurt ten, już w latach dziewięćdziesiątych, wpisał się Graham Joyce ze swą książką zatytułowaną Requiem.
Już sama odpowiedź na proste pytanie: „O czym ta książka jest?” stanowi sporą trudność. Gdyby chcieć naprędce zbyć pytającego można odpowiedzieć, że jest to opowieść o spowodowanym śmiercią bliskiej osoby szaleństwie. Odpowiedź ta byłaby oczywiście ze wszech miar prawdziwa, jednak byłaby ona zarazem wielkim uproszczeniem. Requiem jest bowiem historią niezwykle wielowymiarową, pozwalającą się odczytywać na różnych poziomach i czyniącą jeśli nie przewodni, to niewątpliwie kluczowy dla ogólnej koncepcji motyw z wielu różnych elementów. Jest to zatem także opowieść o miłości, jej braku, o małżeństwie, żałobie, przyjaźni, seksie, zakazanym owocu, egzotycznej podróży i skomplikowanych relacjach międzyludzkich. Jest to opowieść o polityce i wiecznym żydowsko-arabskim konflikcie wokół świętego miasta - Jerozolimy. Wszystko to w otoczce apokryficznej historii sprzed dwóch tysiącleci podanej w dusznej otoczce szaleńczych majaków, nieudolnych dociekań i arabskiej magii. Brzmi intrygująco a zarazem trochę enigmatycznie, prawda? Bo właśnie taka jest ta powieść.
Główny wątek powieści Joyce’a zbudowany jest wokół Toma, angielskiego nauczyciela, który po tragicznej śmierci swojej żony rzuca pracę i rusza w podróż do Jerozolimy, by tam spotkać się ze swoją przyjaciółką Sharon, jedyną bliska osobą, która mu pozostała. Główny bohater szukając ukojenia i wewnętrznej równowagi, wpleciony w gęstniejącą z każdą chwilą sieć silnie uczuciowych relacji międzyludzkich zdaje się coraz głębiej pogrążać w szaleństwie. Każda spotkana osoba na jego drodze zdaje się kryzys pogłębiać, lub nadawać mu nowy wymiar. Czytelnik staje twarzą w twarz z toczącą tego człowieka chorobą. Autorowi Requiem udaje się tu kilkakrotnie zaskoczyć odbiorcę, uniemożliwiając jednoznaczną ocenę tak Anglika, jak i tego co się wokół niego dzieje. Nie ma tu postaci przypadkowych, nieznaczących, lub takich, które są tylko tłem. Każdy ma tu jakąś rolę do odegrania. Pogłębiający się obłęd Toma ma jednak drugie dno, głęboko sięgające do korzeni chrześcijaństwa. Joyce korzysta tu z apokryfów znanych jako Zwoje z Qumran, lub Rękopisy znad Morza Martwego. Alternatywna, być może dla wielu szokująca, historia powstania chrześcijaństwa jest tu dyskretnie dozowana. Kolejne elementy układanki pojawiają się stopniowo, wraz rozwojem wypadków i przemianami zachodzącymi w głównym, świetnie zarysowanym, bohaterze.
Ciekawe i barwne postacie i wciągająca historia nie są jednak jedynymi zaletami tej powieści. Jest nią też bez wątpienia sceneria Jerozolimy w końcowym okresie Pierwszej Intifady. Joyce’owi udaje się oddać zarówno klimat miasta przesyconego biblijną historią, jak i grozę oraz napięcie towarzyszące konfliktowi między zamieszkującymi je współcześnie Żydami i Palestyńczykami. Czytelnik doświadcza zatem zarówno opisów wielokulturowej, wypełnionej turystami codzienności miasta, trzymających w napięciu chwil ulicznych zamieszek, jak i opartych na biblijnych odniesieniach, czasem wręcz obrazoburczych scen umiejscowionych w lokacjach znanych z kart Pisma Świętego. Mieszanka iście wybuchowa. Słowo „obrazoburcze” pojawia się tu nie bez przyczyny, gdyż seksualność i jej przejawy stanowią nieodzowny element dopełniający dzieło autora. Nie może to jednak dziwić biorąc pod uwagę anglosaskie pochodzenie autora. W tym kręgu kulturowym psychologia i psychoanaliza spod znaku Zygmunta Freuda niezmiernie często stanowią klucz do zrozumienia wielu kontekstów. Skoro więc Requiem jest opowieścią o szaleństwie można się było spodziewać, że będzie ona przesycona, tak charakterystyczną dla freudyzmu seksualnością.
„Gdzie tu fantastyka?” mógłby zapytać wnikliwy czytelnik. Ano, jest jej trochę. Pomijając całą apokryficzną otoczkę, noszącą też znamiona historii alternatywnej, wyziera ona głównie z delirycznych wizji głównego bohatera. Cały świat powieści, ten mikrokosmos kilku postaci, kilku lokacji i całego bagażu historii, mitologii świata judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, zdaje się być przesycony fantastyką najwyższej próby, mimo, iż wiele z jej elementów jest de facto nieodłącznym elementem wymienionych religii. Czytelnik obcuje więc z nieznanym, które może się pozornie wydawać mu bardzo bliskie. Requiem jednak zmusza do popatrzenia na pewne powszechnie znane (lub za takie uważane) fakty z trochę innej strony. Bez wątpienia intrygującej.
Powieść Grahama Joyce’a jest bardzo wielowymiarowa. Nie da się jej odczytać na jednym poziomie, tak samo jak nie da się łatwo ocenić jej bohaterów i motywacji nimi kierujących. Na niemal każdej stronie czeka jakieś zaskoczenie, drobna cegiełka tworząca skomplikowaną budowlę tej historii. Autorowi udało się stworzyć dzieło niejednoznaczne, trudne do oceny, przynajmniej w wymiarze moralnym, czy etycznym. Literacko bowiem broni się świetnie. Początkowo podchodziłem do Requiem nieufnie, obawiając się kolejnego, opartego na sensacyjnym wątku czytadła, posługującego się apokryficznym sztafażem. Szybko okazało się jednak, że Joyce nie tylko zgrabnie posłużył się będącym antytezą nowotestamentowego przekazu wątkiem alternatywnej historii Jezusa i Marii Magdaleny, ale uczynił go elementem historii zwykłego człowieka przeżywającego niezwykły dramat, w niezwykłym miejscu i w niezwykłych czasach. To, w połączeniu z niezłym pisarskim warsztatem zaowocowało pozycja godną uwagi, mogącą przyciągnąć do siebie tak miłośników historii w klimacie Dana Browna, jak i tych, którzy upodobanie znajdują w wielowymiarowej, psychologizującej fantastyce.
Już sama odpowiedź na proste pytanie: „O czym ta książka jest?” stanowi sporą trudność. Gdyby chcieć naprędce zbyć pytającego można odpowiedzieć, że jest to opowieść o spowodowanym śmiercią bliskiej osoby szaleństwie. Odpowiedź ta byłaby oczywiście ze wszech miar prawdziwa, jednak byłaby ona zarazem wielkim uproszczeniem. Requiem jest bowiem historią niezwykle wielowymiarową, pozwalającą się odczytywać na różnych poziomach i czyniącą jeśli nie przewodni, to niewątpliwie kluczowy dla ogólnej koncepcji motyw z wielu różnych elementów. Jest to zatem także opowieść o miłości, jej braku, o małżeństwie, żałobie, przyjaźni, seksie, zakazanym owocu, egzotycznej podróży i skomplikowanych relacjach międzyludzkich. Jest to opowieść o polityce i wiecznym żydowsko-arabskim konflikcie wokół świętego miasta - Jerozolimy. Wszystko to w otoczce apokryficznej historii sprzed dwóch tysiącleci podanej w dusznej otoczce szaleńczych majaków, nieudolnych dociekań i arabskiej magii. Brzmi intrygująco a zarazem trochę enigmatycznie, prawda? Bo właśnie taka jest ta powieść.
Główny wątek powieści Joyce’a zbudowany jest wokół Toma, angielskiego nauczyciela, który po tragicznej śmierci swojej żony rzuca pracę i rusza w podróż do Jerozolimy, by tam spotkać się ze swoją przyjaciółką Sharon, jedyną bliska osobą, która mu pozostała. Główny bohater szukając ukojenia i wewnętrznej równowagi, wpleciony w gęstniejącą z każdą chwilą sieć silnie uczuciowych relacji międzyludzkich zdaje się coraz głębiej pogrążać w szaleństwie. Każda spotkana osoba na jego drodze zdaje się kryzys pogłębiać, lub nadawać mu nowy wymiar. Czytelnik staje twarzą w twarz z toczącą tego człowieka chorobą. Autorowi Requiem udaje się tu kilkakrotnie zaskoczyć odbiorcę, uniemożliwiając jednoznaczną ocenę tak Anglika, jak i tego co się wokół niego dzieje. Nie ma tu postaci przypadkowych, nieznaczących, lub takich, które są tylko tłem. Każdy ma tu jakąś rolę do odegrania. Pogłębiający się obłęd Toma ma jednak drugie dno, głęboko sięgające do korzeni chrześcijaństwa. Joyce korzysta tu z apokryfów znanych jako Zwoje z Qumran, lub Rękopisy znad Morza Martwego. Alternatywna, być może dla wielu szokująca, historia powstania chrześcijaństwa jest tu dyskretnie dozowana. Kolejne elementy układanki pojawiają się stopniowo, wraz rozwojem wypadków i przemianami zachodzącymi w głównym, świetnie zarysowanym, bohaterze.
Ciekawe i barwne postacie i wciągająca historia nie są jednak jedynymi zaletami tej powieści. Jest nią też bez wątpienia sceneria Jerozolimy w końcowym okresie Pierwszej Intifady. Joyce’owi udaje się oddać zarówno klimat miasta przesyconego biblijną historią, jak i grozę oraz napięcie towarzyszące konfliktowi między zamieszkującymi je współcześnie Żydami i Palestyńczykami. Czytelnik doświadcza zatem zarówno opisów wielokulturowej, wypełnionej turystami codzienności miasta, trzymających w napięciu chwil ulicznych zamieszek, jak i opartych na biblijnych odniesieniach, czasem wręcz obrazoburczych scen umiejscowionych w lokacjach znanych z kart Pisma Świętego. Mieszanka iście wybuchowa. Słowo „obrazoburcze” pojawia się tu nie bez przyczyny, gdyż seksualność i jej przejawy stanowią nieodzowny element dopełniający dzieło autora. Nie może to jednak dziwić biorąc pod uwagę anglosaskie pochodzenie autora. W tym kręgu kulturowym psychologia i psychoanaliza spod znaku Zygmunta Freuda niezmiernie często stanowią klucz do zrozumienia wielu kontekstów. Skoro więc Requiem jest opowieścią o szaleństwie można się było spodziewać, że będzie ona przesycona, tak charakterystyczną dla freudyzmu seksualnością.
„Gdzie tu fantastyka?” mógłby zapytać wnikliwy czytelnik. Ano, jest jej trochę. Pomijając całą apokryficzną otoczkę, noszącą też znamiona historii alternatywnej, wyziera ona głównie z delirycznych wizji głównego bohatera. Cały świat powieści, ten mikrokosmos kilku postaci, kilku lokacji i całego bagażu historii, mitologii świata judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, zdaje się być przesycony fantastyką najwyższej próby, mimo, iż wiele z jej elementów jest de facto nieodłącznym elementem wymienionych religii. Czytelnik obcuje więc z nieznanym, które może się pozornie wydawać mu bardzo bliskie. Requiem jednak zmusza do popatrzenia na pewne powszechnie znane (lub za takie uważane) fakty z trochę innej strony. Bez wątpienia intrygującej.
Powieść Grahama Joyce’a jest bardzo wielowymiarowa. Nie da się jej odczytać na jednym poziomie, tak samo jak nie da się łatwo ocenić jej bohaterów i motywacji nimi kierujących. Na niemal każdej stronie czeka jakieś zaskoczenie, drobna cegiełka tworząca skomplikowaną budowlę tej historii. Autorowi udało się stworzyć dzieło niejednoznaczne, trudne do oceny, przynajmniej w wymiarze moralnym, czy etycznym. Literacko bowiem broni się świetnie. Początkowo podchodziłem do Requiem nieufnie, obawiając się kolejnego, opartego na sensacyjnym wątku czytadła, posługującego się apokryficznym sztafażem. Szybko okazało się jednak, że Joyce nie tylko zgrabnie posłużył się będącym antytezą nowotestamentowego przekazu wątkiem alternatywnej historii Jezusa i Marii Magdaleny, ale uczynił go elementem historii zwykłego człowieka przeżywającego niezwykły dramat, w niezwykłym miejscu i w niezwykłych czasach. To, w połączeniu z niezłym pisarskim warsztatem zaowocowało pozycja godną uwagi, mogącą przyciągnąć do siebie tak miłośników historii w klimacie Dana Browna, jak i tych, którzy upodobanie znajdują w wielowymiarowej, psychologizującej fantastyce.
Maciej Rybicki
Fragment
Gdyby okoliczności śmierci Katie były inne, to może byłby w stanie odpowiednio ją pogrzebać. Ale dziwaczna natura wypadku zostawiła mu koszmarne poczucie niesprawiedliwości. Burza wyrwała z korzeniami drzewo, które zmiażdżyło jej samochód. Gdyby zginęła w normalnym wypadku drogowym, Tom przynajmniej mógłby przypisać tę tragedię błędowi człowieka lub usterce maszyny – tak samo, gdyby zginęła w katastrofie samolotu czy w pożarze. Oczywiście nadał byłby gniew i żal, ale nie mógł znieść całkowitej przypadkowości tego wypadku. Żadnego błędu. Żadnej usterki. Po prostu jeden kawałek natury niszczący inny, który po prostu był w pobliżu. Tom mógłby zrozumieć chorobę jako czynnik mający eliminować słabsze osobniki, albo klęskę żywiołową, jak trzęsienie ziemi czy powódź, ze względu na jej skalę. Ale drzewo spadające na samochód?
Położył się do łóżka. O trzeciej nad ranem jak zwykle obudziło go pukanie do drzwi. Nie podniósł się. Leżał przytomny, nasłuchując, wiedząc, że dźwięk się powtórzy. Wiedział, kto to. Już wcześniej podchodził do drzwi i nigdy tam nikogo nie było. Wiedział, że dłoń będzie pukać do drzwi dokładnie do czwartej piętnaście. Potem odejdzie.
Tej nocy pukanie wydawało mu się bardziej naglące. Nie otworzył jednak. Wiedział, kto to.
Tom odwrócił się, żeby spojrzeć na mur. To, co na nim zobaczył sprawiło, że jego żołądek się zapadł.
Słońce świeciło z przeciwnej strony miasta, podświetlając chmury i wysyłając promienie światła, jak na rysunku stworzonym ręką dziecka. Światło odbite od złotej kopuły migotało ponad umocnieniami. Mury nabrały barwy spłowiałego pergaminu. Zawieszona na ścianie, w połowie wysokości między blankami a ziemią, jak nietoperz lub ptak, który dopadł owada, była Arabka w czarnej zasłonie.
Dwanaście stóp nad ziemią.
Nie było tam żadnych stopni. Ściana była gładka i doskonale pionowa. Jednak kobieta wspięła się na nią przy pomocy paznokci. Miała na sobie tę samą brązową szatę, ten sam czarny welon opadał poniżej jej podbródka. Kiwała do niego.
Jego wnętrzności ścisnęły się gwałtownie. Poczuł na udzie gorącą kroplę moczu, a kiedy ziemia zadygotała w uszach usłyszał ryk. Na niebieskim niebie pojawiła się zmarszczka, jakby ugięło się pod ogromnym ciężarem. Przetoczył się przez niego znajomy zapach przypraw.
Stara kobieta skrobała coś na murze. Literami wysokimi na stopę pisała coś po arabsku. Potem przeszła na alfabet łaciński i starannie zaczęła kreślić litery DE PR…
Ściana pod jej dotykiem osypywała się pyłem. Litery były wyraźnie wżarte w cegłę, dwanaście czy piętnaście stóp nad ziemią. Zawoalowana kobieta nadal drapała miękki kamień zakrzywionym palcem wskazującym.
Tom przyszedł do mieszkania Ahmeda, żeby porozmawiać o djinnach. Miał nadzieję, że zwój będzie wystarczającym pretekstem do wizyty, ale był miło zaskoczony, że Ahmed jest otwarty na rozmowę o swoim djinnie. Zastanawiał się, co jeszcze może powiedzieć. Poprosił Araba, żeby opisał, co widział.
- To nie jest dobry pomysł – powiedział – opisywać swoje djinny.
- Dlaczego nie?
Wzruszył ramionami.
- Ponieważ kiedy ubierasz je w słowa, wzmacniasz je. Lubią nosić słowa jak pióra. Jesteś kochankiem Sharon?
- Nie. Dlaczego mówienie o nich je wzmacnia?
- Byłeś w którymś z naszych meczetów? Tworzenie podobizn zwierząt, proroków, czy nawet ludzi jest zabronione. Tylko Allah, jak mi powiedziano, może to robić. Ponadto w Koranie jest napisane, że nie powinno się mówić o djinnach, czy duchach i demonach, żeby ich nie obudzić, bo wezwane spuszczą na ludzi plagę. Dlaczego mi skłamałeś o Sharon?
- Nie wiem. Po prostu. Co to za różnica, jeśli djinn już tam jest?
- Więc jesteś jej kochankiem.
- Chciałbym, żebyś mi powiedział, co widziałeś.
- Widziałem, jak kurczowo się ciebie czepia. Wisiał ci na szyi, jak ciało, którego nie można z siebie zrzucić.
- W jaki sposób djinn się do kogoś przyczepia?
- Czeka na drzewie. A potem, kiedy pod nim przechodzisz, spada na ciebie.
- Gdzie było to drzewo? W Anglii, czy tutaj, w Jerozolimie?
- Nie bądź głupi. Spada z Drzewa Życia.
- Był młody czy stary? Mężczyzna czy kobieta?
- Nie jestem w stanie ci powiedzieć, jak bardzo pragnę tej kobiety. Nie, sądzę, że kłamiesz. No już, to prawda, zgadza się? Ty i ona jesteście kochankami?
- Być może. Tak.
Ahmed jęknął i schował twarz w dłoniach. Kiedy ją poniósł na policzkach miał szczere łzy. Potem się rozśmiał.
- Zawsze ktoś mi ją kradnie!
- Byłeś jej kochankiem?
- Nie, ale byłbym, gdybyś mi jej nie ukradł.
Tom nie potrafił określić, czy Ahmed się z nim nie drażni.
- Powiedz mi więcej o moim djinnie.
- Ok., powiem. To była kobieta wisząca ci na szyi. Bardzo stara kobieta udająca, że jest młoda. Albo może odwrotnie. Kto wie? Może to Arabka. Nie umiem powiedzieć. Ale mówi wieloma językami. Aramejskim. Starożytnym hebrajskim. Greka. Łacina. Twierdzi, że znała Jezusa Chrystusa.
Tom poczuł, że jego skóra robi się zimna. Ścisnęło mu się gardło.
- Tak – powiedział Ahmed, poważniejąc nagle. – Widziałem ją. Teraz widzisz, że Ahmed nie jest stukniętym ćpunem. Wierz mi: djinny są prawdziwe.
Sharon wiedziała, opierając się na swoim doświadczeniu psychoterapeutki, że mogłaby pomóc Tomowi. Nie miała całkowitej pewności, czy jego problem wynikał z niemożności pogodzenia się ze śmiercią Katie, czy chodziło o jakiś incydent w szkole, czy może o jedno i drugie. Cokolwiek to było, mogła mu pomóc. Miała dwie możliwości, obie skuteczne w ograniczonym zakresie. Mogła albo spędzić wiele godzin na ostrożnej, delikatnej psychoterapii, pomagając mu się zmierzyć z trudnościami, odbudowując jego pewność siebie, pokazując mu drogę, uspokajając go i ukazując pozytywne aspekty życia. Albo mogła osiągnąć to samo idąc na skróty, pieprząc się z nim.
No i co z tego, że wybrała to drugie? Życie jest krótkie, nie?
Kiedy pod wielką Bramą Jaffa skręciła w ulicę Yafo, spokojna jazzowa muzyka sącząca się z radia w jej samochodzie zaczęła się rwać, jakby fale radiowe straciły zasięg. Kanał opanowały jakieś zakłócenia. Zaczęła przeszukiwać skalę, ale nic nie mogła złapać. Kiedy spojrzała przez przednią szybę niebo przed nią nagle wygięło się, jakby pod jakimś straszliwym ciężarem. Jakby zapadło się w sobie. Wciągnęła powietrze i gwałtownie nacisnęła hamulec, koła samochodu zablokowały się piszcząc na gorące, suchej drodze. Samochód zadygotał i stanął bokiem. Zakłócenia w radiu same zniknęły i powietrze wypełnił czysty, kobiecy głos; nie mogę oddychać, nie mogę oddychać, nie mogę oddychać, nie mogę oddychać…
Głos zanikł, znów zastąpiony przez szum i trzaski, a potem wrócił chłodny dźwięk saksofonu. Sharon spojrzała w górę. Niebo wróciło na swoje miejsce. Za nią rozbrzmiewały gniewnie klaksony.
- Christina, jestem tobą zmęczona. Jestem zmęczona wszystkim twoim gierkami, i mam dość tego, że nigdy nie rewanżujesz się za pomoc, którą ci oferuję. Nie mam już cierpliwości.
Sharon wstała.
Christina nadal się kołysała.
- Zrobili-bili-bili. POWIEM CI, CO SIĘ ZDARZYŁO ¬– krzyknęła, kiedy Sharon była przy drzwiach. – Zrobili-bili-bili, powiem ci, powiem, powiem.
Zaczęła się kołysać trochę szybciej, tyłem głowy uderzając o ścianę.
Sharon zawróciła i znów usiadła.
- Jakie pigułki wzięłaś?
- Nieważne nieważne nieważne powiem ci POWIEM CI JAK to zrobili. To zrobili. połamali mu nogi, tak tak, połamali mu pierdolone nogi, tak to zrobili, hej hej, próbuję, hej, połamali pierdolone, on nie powinien był umrzeć nie nie, nie powinien był umrzeć, miał tylko tam wisieć, ROZUMIESZ, CO PRÓBUJĘ po prostu tam wisieć, dopóki go nie zdejmą, nie martwy, nie nie ani trochę, tylko udający martwego, żeby móc żyć, rzecz w tym, że on NIE POWIENIEN BYŁ UMRZEĆ, ale wiesz kto, wiesz kto, TO BYŁ SAUL, powiedział im, żeby POŁAMALI MU PIERDOLONE NOGI, powiedział połamcie mu nogi, to właśnie on. On to zrobił. Tak to zrobili! Zrobili!
Teraz Christina uderzała głową o wyściełaną ścianę naprawdę mocno. Sharon spróbowała ją powstrzymać obejmując ją.
- Kto? Christina, o kim ty mówisz? Nie wiem, o kim mówisz.
- Kto? Kto? Dlaczego, próbuję ci powiedzieć, próbuję, MÓWIĘ O JEZUSIE! JEZUSIE! PIEDNY JEZUS! POŁAMALI MU NOGI! TAK TO ZROBILI! JEZUS! MÓJ BIEDNY JEZUS!
Christina przestała się kołysać i opadła na podłogę, zawodząc w udręce. Jej ciałem wstrząsały spazmy.
Sharon spróbowała ją podnieść, pocieszyć.
- Christina, to tylko prochy. Masz kiepski… Co wzięłaś?
- Nieeeee, nieeee, o nie. Biedny Jezus. Biedny Jezus.
Była niepocieszona. To było tak, jakby sama była świadkiem wszystkiego, o czym mówiła. Jej ciało dygotało; dławiła się płaczem. Leżała wyciągnięta na podłodze, z głową przyciśniętą do nylonowego dywanu, zalewając się łzami. Potem odezwała się spokojnie.
- Jestem Maria Magdalena.
Położył się do łóżka. O trzeciej nad ranem jak zwykle obudziło go pukanie do drzwi. Nie podniósł się. Leżał przytomny, nasłuchując, wiedząc, że dźwięk się powtórzy. Wiedział, kto to. Już wcześniej podchodził do drzwi i nigdy tam nikogo nie było. Wiedział, że dłoń będzie pukać do drzwi dokładnie do czwartej piętnaście. Potem odejdzie.
Tej nocy pukanie wydawało mu się bardziej naglące. Nie otworzył jednak. Wiedział, kto to.
Tom odwrócił się, żeby spojrzeć na mur. To, co na nim zobaczył sprawiło, że jego żołądek się zapadł.
Słońce świeciło z przeciwnej strony miasta, podświetlając chmury i wysyłając promienie światła, jak na rysunku stworzonym ręką dziecka. Światło odbite od złotej kopuły migotało ponad umocnieniami. Mury nabrały barwy spłowiałego pergaminu. Zawieszona na ścianie, w połowie wysokości między blankami a ziemią, jak nietoperz lub ptak, który dopadł owada, była Arabka w czarnej zasłonie.
Dwanaście stóp nad ziemią.
Nie było tam żadnych stopni. Ściana była gładka i doskonale pionowa. Jednak kobieta wspięła się na nią przy pomocy paznokci. Miała na sobie tę samą brązową szatę, ten sam czarny welon opadał poniżej jej podbródka. Kiwała do niego.
Jego wnętrzności ścisnęły się gwałtownie. Poczuł na udzie gorącą kroplę moczu, a kiedy ziemia zadygotała w uszach usłyszał ryk. Na niebieskim niebie pojawiła się zmarszczka, jakby ugięło się pod ogromnym ciężarem. Przetoczył się przez niego znajomy zapach przypraw.
Stara kobieta skrobała coś na murze. Literami wysokimi na stopę pisała coś po arabsku. Potem przeszła na alfabet łaciński i starannie zaczęła kreślić litery DE PR…
Ściana pod jej dotykiem osypywała się pyłem. Litery były wyraźnie wżarte w cegłę, dwanaście czy piętnaście stóp nad ziemią. Zawoalowana kobieta nadal drapała miękki kamień zakrzywionym palcem wskazującym.
Tom przyszedł do mieszkania Ahmeda, żeby porozmawiać o djinnach. Miał nadzieję, że zwój będzie wystarczającym pretekstem do wizyty, ale był miło zaskoczony, że Ahmed jest otwarty na rozmowę o swoim djinnie. Zastanawiał się, co jeszcze może powiedzieć. Poprosił Araba, żeby opisał, co widział.
- To nie jest dobry pomysł – powiedział – opisywać swoje djinny.
- Dlaczego nie?
Wzruszył ramionami.
- Ponieważ kiedy ubierasz je w słowa, wzmacniasz je. Lubią nosić słowa jak pióra. Jesteś kochankiem Sharon?
- Nie. Dlaczego mówienie o nich je wzmacnia?
- Byłeś w którymś z naszych meczetów? Tworzenie podobizn zwierząt, proroków, czy nawet ludzi jest zabronione. Tylko Allah, jak mi powiedziano, może to robić. Ponadto w Koranie jest napisane, że nie powinno się mówić o djinnach, czy duchach i demonach, żeby ich nie obudzić, bo wezwane spuszczą na ludzi plagę. Dlaczego mi skłamałeś o Sharon?
- Nie wiem. Po prostu. Co to za różnica, jeśli djinn już tam jest?
- Więc jesteś jej kochankiem.
- Chciałbym, żebyś mi powiedział, co widziałeś.
- Widziałem, jak kurczowo się ciebie czepia. Wisiał ci na szyi, jak ciało, którego nie można z siebie zrzucić.
- W jaki sposób djinn się do kogoś przyczepia?
- Czeka na drzewie. A potem, kiedy pod nim przechodzisz, spada na ciebie.
- Gdzie było to drzewo? W Anglii, czy tutaj, w Jerozolimie?
- Nie bądź głupi. Spada z Drzewa Życia.
- Był młody czy stary? Mężczyzna czy kobieta?
- Nie jestem w stanie ci powiedzieć, jak bardzo pragnę tej kobiety. Nie, sądzę, że kłamiesz. No już, to prawda, zgadza się? Ty i ona jesteście kochankami?
- Być może. Tak.
Ahmed jęknął i schował twarz w dłoniach. Kiedy ją poniósł na policzkach miał szczere łzy. Potem się rozśmiał.
- Zawsze ktoś mi ją kradnie!
- Byłeś jej kochankiem?
- Nie, ale byłbym, gdybyś mi jej nie ukradł.
Tom nie potrafił określić, czy Ahmed się z nim nie drażni.
- Powiedz mi więcej o moim djinnie.
- Ok., powiem. To była kobieta wisząca ci na szyi. Bardzo stara kobieta udająca, że jest młoda. Albo może odwrotnie. Kto wie? Może to Arabka. Nie umiem powiedzieć. Ale mówi wieloma językami. Aramejskim. Starożytnym hebrajskim. Greka. Łacina. Twierdzi, że znała Jezusa Chrystusa.
Tom poczuł, że jego skóra robi się zimna. Ścisnęło mu się gardło.
- Tak – powiedział Ahmed, poważniejąc nagle. – Widziałem ją. Teraz widzisz, że Ahmed nie jest stukniętym ćpunem. Wierz mi: djinny są prawdziwe.
Sharon wiedziała, opierając się na swoim doświadczeniu psychoterapeutki, że mogłaby pomóc Tomowi. Nie miała całkowitej pewności, czy jego problem wynikał z niemożności pogodzenia się ze śmiercią Katie, czy chodziło o jakiś incydent w szkole, czy może o jedno i drugie. Cokolwiek to było, mogła mu pomóc. Miała dwie możliwości, obie skuteczne w ograniczonym zakresie. Mogła albo spędzić wiele godzin na ostrożnej, delikatnej psychoterapii, pomagając mu się zmierzyć z trudnościami, odbudowując jego pewność siebie, pokazując mu drogę, uspokajając go i ukazując pozytywne aspekty życia. Albo mogła osiągnąć to samo idąc na skróty, pieprząc się z nim.
No i co z tego, że wybrała to drugie? Życie jest krótkie, nie?
Kiedy pod wielką Bramą Jaffa skręciła w ulicę Yafo, spokojna jazzowa muzyka sącząca się z radia w jej samochodzie zaczęła się rwać, jakby fale radiowe straciły zasięg. Kanał opanowały jakieś zakłócenia. Zaczęła przeszukiwać skalę, ale nic nie mogła złapać. Kiedy spojrzała przez przednią szybę niebo przed nią nagle wygięło się, jakby pod jakimś straszliwym ciężarem. Jakby zapadło się w sobie. Wciągnęła powietrze i gwałtownie nacisnęła hamulec, koła samochodu zablokowały się piszcząc na gorące, suchej drodze. Samochód zadygotał i stanął bokiem. Zakłócenia w radiu same zniknęły i powietrze wypełnił czysty, kobiecy głos; nie mogę oddychać, nie mogę oddychać, nie mogę oddychać, nie mogę oddychać…
Głos zanikł, znów zastąpiony przez szum i trzaski, a potem wrócił chłodny dźwięk saksofonu. Sharon spojrzała w górę. Niebo wróciło na swoje miejsce. Za nią rozbrzmiewały gniewnie klaksony.
- Christina, jestem tobą zmęczona. Jestem zmęczona wszystkim twoim gierkami, i mam dość tego, że nigdy nie rewanżujesz się za pomoc, którą ci oferuję. Nie mam już cierpliwości.
Sharon wstała.
Christina nadal się kołysała.
- Zrobili-bili-bili. POWIEM CI, CO SIĘ ZDARZYŁO ¬– krzyknęła, kiedy Sharon była przy drzwiach. – Zrobili-bili-bili, powiem ci, powiem, powiem.
Zaczęła się kołysać trochę szybciej, tyłem głowy uderzając o ścianę.
Sharon zawróciła i znów usiadła.
- Jakie pigułki wzięłaś?
- Nieważne nieważne nieważne powiem ci POWIEM CI JAK to zrobili. To zrobili. połamali mu nogi, tak tak, połamali mu pierdolone nogi, tak to zrobili, hej hej, próbuję, hej, połamali pierdolone, on nie powinien był umrzeć nie nie, nie powinien był umrzeć, miał tylko tam wisieć, ROZUMIESZ, CO PRÓBUJĘ po prostu tam wisieć, dopóki go nie zdejmą, nie martwy, nie nie ani trochę, tylko udający martwego, żeby móc żyć, rzecz w tym, że on NIE POWIENIEN BYŁ UMRZEĆ, ale wiesz kto, wiesz kto, TO BYŁ SAUL, powiedział im, żeby POŁAMALI MU PIERDOLONE NOGI, powiedział połamcie mu nogi, to właśnie on. On to zrobił. Tak to zrobili! Zrobili!
Teraz Christina uderzała głową o wyściełaną ścianę naprawdę mocno. Sharon spróbowała ją powstrzymać obejmując ją.
- Kto? Christina, o kim ty mówisz? Nie wiem, o kim mówisz.
- Kto? Kto? Dlaczego, próbuję ci powiedzieć, próbuję, MÓWIĘ O JEZUSIE! JEZUSIE! PIEDNY JEZUS! POŁAMALI MU NOGI! TAK TO ZROBILI! JEZUS! MÓJ BIEDNY JEZUS!
Christina przestała się kołysać i opadła na podłogę, zawodząc w udręce. Jej ciałem wstrząsały spazmy.
Sharon spróbowała ją podnieść, pocieszyć.
- Christina, to tylko prochy. Masz kiepski… Co wzięłaś?
- Nieeeee, nieeee, o nie. Biedny Jezus. Biedny Jezus.
Była niepocieszona. To było tak, jakby sama była świadkiem wszystkiego, o czym mówiła. Jej ciało dygotało; dławiła się płaczem. Leżała wyciągnięta na podłodze, z głową przyciśniętą do nylonowego dywanu, zalewając się łzami. Potem odezwała się spokojnie.
- Jestem Maria Magdalena.

