Wielka Księga Horroru (2010) [ książka ]
Informacje wydawnicze
| Tytuł oryginału: | Mammoth Book of Best New Horror: Volume Eighteen, The |
| Autor: | Antologia |
| Pierwsze wydanie | 2007 |
| Tom: | 2 |
| Okładka wydania: | |
| Tłumacz wydania: | Marta Kisiel |
| Wydawnictwo: | Fabryka Słów |
| Rok wydania: | 2010 |
| Wydanie: | 1 |
| ISBN: | 9788375741803 |
| Stron: | 376 |
| Rodzaj okładki: | miękka |
| Wymiary (mm): | 125x205 |
| Data wydania: | 2010-01-29 |
| Rodzaj książki: | opowiadania |
| Rodzaj literacki: | horror |
| Seria wydawnicza: | Antologie |
| Średnia ocena czytelników: | 3.8 (3) |
Opis wydawcy
Nie zamykaj oczu, strach nie zniknie. Czytaj z szeroko otwartymi…
Ostatni pociąg metra odjeżdża poza rozkładem. Podobno do opuszczonych, zamkniętych stacji, przy wtórze niedokończonych opowieści jego pasażerów. Poznaj cenę, jaką płacimy, by się nie bać. Sprawdź, czego nienawidzi natura i kto pracuje na nocne zmiany w muzeach. Zajrzyj na cmentarz, gdzie grabarze znajdują trumny otwarte od spodu. Poczuj, co znaczy być amerykańskim zmarłym w świecie rządzonym przez księży z miasta.
Leć między zimnym księżycem a ziemią. Jak ćma… Prosto w płomień…
Ostatni pociąg metra odjeżdża poza rozkładem. Podobno do opuszczonych, zamkniętych stacji, przy wtórze niedokończonych opowieści jego pasażerów. Poznaj cenę, jaką płacimy, by się nie bać. Sprawdź, czego nienawidzi natura i kto pracuje na nocne zmiany w muzeach. Zajrzyj na cmentarz, gdzie grabarze znajdują trumny otwarte od spodu. Poczuj, co znaczy być amerykańskim zmarłym w świecie rządzonym przez księży z miasta.
Leć między zimnym księżycem a ziemią. Jak ćma… Prosto w płomień…
Fragment
FRAGMENT 1
Tatko był mądry. Latem, kiedy dach z darni odmarzał i wypadały z niego węże, łapał je w koce rozwieszone pod sufitem. Zwykle węże bycze, ale czasem grzechotniki. Jakby ktoś potrząsał paczką nasion. Tatko mówił, że wciąż były śpiące po zimowym śnie, dlatego nie bał się do nich zbliżać. Z każdego koca robił worek i wynosił wijący się ciężar na najdalszy koniec pastwiska i tam wrzucał do strumienia. Od topniejącego w górach śniegu woda była głęboka i rwąca, porywała węże. Mama ostrzegała nas, żebyśmy nigdy nie chodzili w dół strumienia, gdzie je wyrzucało. Chciała je zabijać, ale tatko mówił, że były zbyt śpiące, żeby chciały nam zrobić krzywdę, i że nie powinniśmy ich zabijać, skoro nie musieliśmy. Węże spadały na nas, bo tato wykopał tył chaty w zboczu. Ziemię rozrzucił na darni, na belkach dachu. Dzięki temu latem panował w środku chłód, a zimą ciepło, mieliśmy też osłonę przed wiatrem, który przy złej pogodzie wył w dolinie. Po pewnym czasie wyrosła tam trawa, ale ziemia pozostała miękka, więc węże kopały w niej norki. Zawsze je słyszeliśmy, zanim spadały, więc mieliśmy ostrzeżenie. Poza tym nie było ich wiele i trwało to tylko przez kilka tygodni wiosny. Mądry tatko wytwarzał najlepsze mydło w całej dolinie.
Wszyscy wiedzieli, jak zrobić miękkie. Dodać wody do popiołu drzewnego, żeby rozpuścić potaż. Potem przelać wodę przez warstwę słomy, by odcedzić brud i dodać do gotującego się tłuszczu zwierzęcego. Kiedy mieszanina wystygła, brało się pianę z samego wierzchu.
To było mydło. Ale na naszej ziemi znajdowała się odkrywka soli. Tatko eksperymentował, dodając sól do wrzącej wody i tłuszczu. Mikstura, gdy już wystygła, robiła się twarda. Dodawał też piasku i wszyscy sądzili, że na tym polega jego sekret, ale nikomu nigdy nie udało się zrobić twardego mydła, bo tak naprawdę sekretem była sól. Obiecaliśmy, że nikomu nie powiemy.
Mieliśmy dziesięć kurcząt, konia, krowę, owcę, psa i kota. Pies był owczarkiem szkockim. On i kot pojawili się u nas dzień po dniu, nie wiadomo skąd. Sadziliśmy sałatę, groszek, marchew, fasolę, ziemniaki, kukurydzę i kabaczki. Musieliśmy postawić wokół ogrodu solidne ogrodzenie, żeby go ochronić przed królikami. Ale ptaki wciąż usiłowały wyjeść nasiona, więc tatko sprzedał twarde mydło i kupił płachty, które rozłożył nad ziemią. Ptaki się zniechęciły, a tatko zastrzelił te króliki, które nadal próbowały. Powiedział, że musiał to zrobić, aby ratować ogród, a poza tym była z nich dobra potrawka.
Nigdy nie głodowaliśmy. Tatko wykopał pod chatą piwniczkę, w której trzymaliśmy marchew, ziemniaki i kabaczki na zimę. Mama robiła konserwy z groszku i fasoli, a wieczka plombowała woskiem, tak jak pokazał jej tatko. Mieliśmy nawet starą jabłoń, która rosła tam jeszcze przed naszym przybyciem. Mama piekła najlepsze ciasta, część owoców przechowywaliśmy. Wszyscy pracowaliśmy. Tatko pokazywał nam, co mamy robić.
W gorące letnie noce, kiedy razem z mamą uczył nas czytać na Biblii, czasem słyszeliśmy wycie dobiegające od strony wzgórz. Auu, auu, auu, auu. Ujadanie do księżyca.
– Psy Boga – mówił tatko. – Tak je nazywają Indianie.
– Czemu? – zapytała Judith.
– Bo są praktycznie niewidzialne. Tylko Bóg je widzi.
– Jak wyglądają? – chciał wiedzieć Daniel.
– Głuptas – odpowiedziałam. – Skoro tylko Bóg je widzi, skąd ktokolwiek może wiedzieć, jak wyglądają?
– Cóż, ludzie widzieli je parę razy – wyjaśnił tatko. – Są brązowe. Mają spiczaste uszy i czarne czubki ogonów.
– A jak są duże? – zapytała Judith, obejmując się ramionami.
– Trochę większe niż Chester. – Chester to był nasz pies. – Przypominają psy, ale można je poznać po tym, że biegnąc, kulą ogon pod siebie, a psy zadzierają do góry.
– Ktoś tu chyba dobrze im się przyjrzał – zauważyłam.
Tata skinął głową.
– Widziałem jednego dawno temu. Zanim spotkałem waszą matkę. Siedziałem sam przy ognisku. Wyłonił się z ciemności i patrzył, stojąc na granicy światła. Musiał wywąchać królika, którego gotowałem. Po chwili zawrócił. Zanim zniknął w ciemności, oglądnął się na mnie, jakby mnie o coś obwiniał.
– Bałeś się? – zapytał Daniel.
– Pora spać – oświadczyła mama. Rzuciła tatkowi zdecydowane spojrzenie.
– Nie, nie bałem.
Była pełnia. Wycie dochodziło ze wzgórz przez kilka godzin.
Następnego lata panowała susza. Inni farmerzy stracili studnie i musieli się przenieść, ale topniejący w górach śnieg wciąż zasilał nasz strumień wystarczająco, by utrzymać ogród. Osiki na zboczu miały jednak gorzej. Wyschły tak bardzo, że spłonęły od uderzenia pioruna. Nocą na wzgórzach migotały światła. Do doliny docierał dym. Judith miała trudności z oddychaniem.
W końcu nadeszła burza. Łaska boska, stwierdziła mama, patrząc, jak deszcz przegania dym i gasi płomienie na wzgórzach. Rankiem po pierwszym przymrozku
Daniel wbiegł do chaty.
– Tatku, szybko – powiedział.
Nasza owca leżała pośrodku pastwiska z rozerwanym gardłem i pogryzionym brzuchem. Wszędzie była krew i strzępy wełny. Pozostałe zwierzęta, dygocząc, trzymały się na dystans.
Widziałam pulsujące żyły na szyi tatki, kiedy spoglądał w stronę wzgórz.
– Na noc zamkniemy krowę i konia w zagrodzie przy chacie. Na padlinie jest mięso. Ruth – zwrócił się do mnie – przynieś siekierę i nóż. Daniel i ja musimy rozebrać owcę. Weź nożyce – powiedział do matki. – Zbierzemy to, co zostało z wełny.
Następnego ranka tatko kazał nam zostać w domu, a sam poszedł sprawdzić, co z resztą zwierząt. Długo nie wracał. Mama ciągle podchodziła do jedynego okna w domu. Słyszałam, jak tatko kopie. Kiedy wrócił, miał ponurą twarz.
– Kurczęta. Wszystkie martwe. – Odwrócił się do mamy. – Same głowy i pióra, nic więcej nie zostało. Nawet na zupę mięsa nie będzie. Zakopałem je.
– A co z jajkami?
– Ani jednego.
Tej nocy tatko nabił strzelbę, założył palto i poszedł do szopy, w której zamknął konia i krowę. Auu, auu, auu, auu. Patrzyłam w sufit i słuchałam ujadania. Ale dochodziło z daleka, echo odbijało się od jednego krańca doliny do drugiego. Kiedy tatko wrócił następnego ranka, wiał zimny wiatr. Ziemię przyprószył śnieg. W oczach tatka było napięcie, ale mówił z wyraźną ulgą.
– Wygląda na to, że ruszyły dalej – powiedział, odkładając strzelbę.
– Sprzedamy mydło i kupimy nowe kurczęta – odparła mama i nalała mu kawy.
Do południa zrobiło się chłodniej. Chmury otuliły grzbiety gór.
– Zanosi się na wczesną zimę – stwierdził tatko.
– Dzięki Bogu – powiedziała mama. – Po takiej suszy w górach przyda się wilgoć. Strumień potrzebuje śniegu.
Podczas kolacji usłyszeliśmy na zewnątrz trzask drewna i rżenie konia. Tatko upuścił widelec i chwycił strzelbę. Nie zdążył jej nawet załadować. Mama podała mu latarnię. Patrzyliśmy przez okno, jak światło huśtało się w tę i nazad, kiedy tatko spieszył w stronę zagrody przy szopie.
Biegł dalej. Minął ogrodzenie. Światło latarni robiło się coraz mniejsze, aż w końcu w ogóle nie było go widać w ciemności. Słuchałam wiatru. Drgnęłam, gdy rozległ się strzał. A potem znów słyszałam tylko wiatr. W powietrzu unosił się śnieg. Mama coś szeptała, obserwując przez okno noc. Chyba „proszę, Boże”. Czekaliśmy.
– Ruth, przynieś Danielowi palto i latarnię – nakazała mi mama. – Musi wyjść i zobaczyć, czy tatko nie potrzebuje pomocy.
Ale wcale nie musiał.
– Patrzcie! – odezwała się Judith, stając na czubkach palców i wskazując coś dłonią.
Dostrzegliśmy plamkę światła. Robiła się coraz większa, poruszana wiatrem i ręką tatka. Kiedy tatko wszedł do środka, pokój wypełniło zimno. Judith zakaszlała.
Tatko zamknął drzwi na klucz i odstawił latarnię.
– Coś tak bardzo przestraszyło konia, że połamał ogrodzenie i próbował uciec.
– Próbował? – zapytał Daniel.
Tatko patrzył przez okno.
– Cokolwiek przeraziło konia, powaliło go, ale nie zdążyło zbyt wiele zjeść. Strzeliłem, uciekły w mrok.
– One? – zapytałam.
– Nie strasz dzieci – wtrąciła mama.
– Muszą wiedzieć, żeby były ostrożne.
– Już są.
– Więc muszą być bardziej.
– One, tatku? – zapytał Daniel. – Psy Boga? Biegły z podkulonymi ogonami?
Tatko skinął głową.
– Teraz to są Psy Diabła. Chyba jednego trafiłem. Znalazłem krwawy ślad, ale to mogła być krew konia kapiąca im z pysków. Wszyscy stali w bezruchu.
– Judith, weź siekierę i nóż – powiedział tatko. – Daniel i ja musimy rozebrać konia, zanim one wrócą.
– Rozebrać? – powtórzyła Judith.
– Będziemy jeść końskie mięso? – spytał Daniel.
– Mięso to mięso. Kiedy nadejdzie zima, będziemy potrzebowali tyle jedzenia, ile zdołamy zdobyć.
W otaczającej nas ciemności mama i ja drżałyśmy, trzymając latarnie, które kołysały się na wietrze, podczas gdy tatko i Daniel cięli konia na kawałki. Tatko kazał nam nieustannie obserwować mrok, na wypadek gdyby one wróciły. Obok niego leżała zawinięta w koc strzelba. Tylko Judith nie pracowała. Trzęsła się zbyt mocno, by utrzymać latarnię w zamieci.
– Patrzcie na ślady łap na śniegu – zauważył Daniel.
– Wiem – odparł tatko. – Nienaturalne.
FRAGMENT 2 (Caitlín R. Kiernan: Wszystkie domy zniknęły, zalało je morze)
Zaparkowałem na pustej działce na końcu ulicy, przy której stał magazyn, w nadziei, że żaden przechodzień mnie nie zauważy – a zwłaszcza że nie zauważy mnie przejeżdżająca policja. Szedłem szybko, nie biegnąc, ponieważ ktoś, kto biegnie, jest podejrzany i nieuchronnie przyciąga uwagę tych, którzy wypatrują podejrzanych spraw. Nie byłem tak pijany, jak mogłem być, nawet nie tak, jak powinienem być. Usiłowałem zająć czymś umysł, odnotowując mniej znaczące szczegóły ulicy, nieba, pogody. Śmieci zmieszane z wodorostami i żwirem – niedopałki papierosów, plastikowe butelki po napojach (przypominam sobie Pepsi, Coca-Colę i Mountain Dew), papierowe torby i kubki z fast foodów (McDonald’s, Del Taco, KFC), odłamki szkła, nierozpoznawalne kawałki metalu, zardzewiała tablica rejestracyjna z Oregonu. Niebo było boleśnie błękitne, mdlące. Jedynie wysokie pierzaste chmury zaburzały jego duszące pastele. Wzdłuż ulicy nie stały żadne samochody, nie zauważyłem żywego ducha. Kilka pojemników na śmieci, znak stopu, wielki stos kartonów moczonych deszczem tyle razy, że nie dało się już dokładnie określić, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. I kołpak.
Gdy w końcu dotarłem do magazynu – najpierw stał się świątynią na wpół zapomnianych bogów, potem miejscem przestępstwa, a teraz zmieniał się w coś jeszcze innego – dałem nura w wąską uliczkę oddzielającą go od opuszczonego magazynu i budynku spedycyjnego firmy Monterey Peninsula (założonej w 1924 roku). Z tej strony znajdowały się drzwi z niezbyt solidnym zamkiem. Przy odrobinie szczęścia, pomyślałem, nikt tego nie zauważył, a jeśli nawet, nie zawracał sobie głowy naprawianiem.
Serce mi dudniło, miałem zawroty głowy – usiłowałem to zwalić na mdlący kolor nieba – a w ustach metaliczny posmak, jak po świeżo zaplombowanym zębie.
W alejce było chłodniej niż na Pierce Street. Słońce znajdowało się już dość nisko na zachodzie, od pewnego czasu musiał tu padać cień. A może ta alejka zawsze tonęła w cieniu i nigdy nie było w niej ciepło. Znalazłem drzwi wejściowe dokładnie tam, gdzie miałem nadzieję je znaleźć. Trzy lub cztery minuty majstrowania przy rozlatanej mosiężnej gałce wystarczyły, by je otworzyć. Wewnątrz magazynu panował mrok i jeszcze większy chłód niż na zewnątrz. Powietrze śmierdziało ziemią i kurzem, złymi wspomnieniami i pustką. Stałem w progu przez chwilę lub dwie, myśląc o głodnych szczurach i pijanych włóczęgach, bredzących ćpunach z ołowianymi rurkami, sieciach trujących pająków. Potem odetchnąłem głęboko i wszedłem do środka, z cienia w bardziej zdecydowaną ciemność, większy chłód i wszystkie przyziemne zagrożenia.
Wszystko umknęło z mojego umysłu oprócz Jacovy Angevine i jej wyznawców – o ile można ich tak nazwać – odzianych w biel, a także istoty, którą widziałem na ołtarzu, kiedy byłem tu jeden jedyny raz, w świątyni Otwartych Wrót Nocy.
Zapytałem o to kilka tygodni przed końcem, podczas naszej ostatniej wspólnej nocy. Skąd ona się wzięła, kto ją zrobił. Jacova przez chwilę leżała bardzo spokojnie, słuchając fal lub tylko zastanawiając się, która z odpowiedzi mnie zadowoli. W świetle księżyca wpadającym przez motelowe okno wydawało mi się, że się uśmiecha, ale nie byłem pewien.
– Jest bardzo stara – odezwała się w końcu. Już niemal zasypiałem i musiałem się na powrót rozbudzić. – Nikt żyjący nie pamięta, kto ją zrobił. Myślę jednak, że naprawdę istotne jest tylko to, że została zrobiona.
– Jest obrzydliwa jak cholera – wymamrotałem sennie.
– Wiesz o tym, prawda?
– Jasne, ale ukrzyżowanie też jest. A także krwawiące posągi Marii Panny i wizerunki Kali. I egipskie bóstwa o głowach zwierząt.
– No dobra, nie kłaniam się żadnemu z nich – odpowiedziałem coś w tym rodzaju.
– To, co boskie, zawsze jest odrażające – wyszeptała, po czym odwróciła się do mnie plecami.
Przed chwilą byłem w magazynie na Pierce Street, prawda? A teraz leżę w łóżku z prorokinią z Salinas. Ale nie będę rozpaczać, bo nie ma powodu, żeby się skupiać na jednej rzeczy, żeby przystosować się do restrykcyjnej iluzji linearnej narracji. To nadciąga. Nadciągało cały czas. Jak powiedział Job Foster w czwartym rozdziale Ostatniego lichwiarza Bodega Bay: „Ja tylko tak opowiadam historie, przecież wiesz. Zaczynam od początku. Niczego nie opuszczam”.
Gówno prawda, oczywiście. Podejrzewam, że nieszczęsny Job Foster o tym wiedział i że ja też to wiem. Zadaniem pisarza nie jest „opowiedzieć wszystko”, a nawet zadecydować, co zostawić, lecz czego nie powiedzieć. Cokolwiek zostanie, ta skromna suma boskiego podziału to przeklęta chimera, którą nazywamy „opowieścią”.
Nie buduję, lecz tnę. Wszystkie historie, czy to ogłaszane prawdziwymi, czy to uznane za fałsz, są fikcyjne, oderwane od jakichkolwiek obiektywnych faktów poprzez wspomniane cięcie. Kilogram ciała. Stos trocin. Niepotrzebne odłamki marmuru z Carrary. Same resztki. Przeklęty człowiek w pustym magazynie.
Zostawiłem otwarte na oścież drzwi, nie miałem odwagi zamknąć się w tym miejscu. Zrobiłem już kilka kroków. Pod butami głośno chrzęściły odłamki szkła z rozbitego okna, kruszące się w pył, gdy przypomniałem sobie o latarce, którą miałem w kurtce. Jednak jej blask ledwo rozjaśnił ciemność, niemal wcale, przypomniał mi tylko o oślepiających białych promieniach z Tiburona II sunących po mule na dnie kanionu. No dobrze, pomyślałem, przynajmniej coś widzę, o ile jest tu cokolwiek, co można zobaczyć. Jakiś inny, nie tak znajomy głos w mojej głowie natychmiast zażądał odpowiedzi, czemu, u diabła, chciałbym w ogóle coś zobaczyć. Drzwi otwierały się na wąski korytarz, betonowe ściany w kolorze miętowej zieleni i niski sufit. Przeszedłem nim do końca – nie więcej niż dziesięć metrów, najwyżej dziesięć – mijając puste pomieszczenia, w których kiedyś mogły znajdować się biura, i dotarłem do otwartych stalowych drzwi oznaczonych blednącym pomarańczowym napisem tylko dla personelu.
– To jedynie pusty magazyn – wyszeptałem, oddychając głośno. – To wszystko, pusty magazyn.
Wiedziałem, że to nieprawda, już nie, od dawna nie, pomyślałem jednak, że może kłamstwo podniesie mnie na duchu bardziej niż światło latarki, którą trzymałem w dłoni. Joseph Campbell napisał: „Narysuj okrąg wokół kamienia, a kamień stanie się inkarnacją tajemnicy”.
Coś w ten deseń. A może ktoś inny to powiedział, tylko ja źle zapamiętałem. Rzecz w tym, że Jacova narysowała okrąg wokół tego miejsca, wiedziałem o tym, tak jak narysowała go wokół siebie, tak jak ojciec narysował go wokół niej...
Tak jak ona narysowała go wokół mnie.
Drzwi nie były zamknięte. Za nimi znajdowało się ogromne, opuszczone serce budynku, płaska równina cementu przedzielona stalowymi wspornikami. Przez liczne okienka na wschodniej i zachodniej ścianie wpadała odrobina światła, mniej, niż się spodziewałem. Wydawało się słabe, rozcieńczone w stęchłym powietrzu. Przesuwałem latarkę w tę i z powrotem, oświetlając podłogę u swoich stóp. Ktoś zamalował wszystkie kunsztowne, kolorowe rysunki umieszczone tam przez Otwarte Wrota Nocy. Gruba warstwa szarego lateksu pokrywała zawiłe, przeplatające się linie, które, jak wierzyła Jacova, tworzyły most, przejście – właśnie tego słowa użyła. Wszyscy widzieli zdjęcia tej podłogi, chociaż jeszcze nikt się z tymi malunkami nie uporał. Yantra. Labirynt. Zakrętasy, splątana masa morskich stworzeń wyciągających się w stronę odległego czarnego słońca. Symbole hinduistów, Majów i Chinooków. Precyzyjne kontury topograficznej mapy kanionu Monterey. Wszystko to z osobna i wszystko razem, równocześnie. Słyszałem, że pewna antropolog z Berkeley pisze książkę o tej podłodze. Być może opublikuje zdjęcia, które zdołają przekazać jej potworną wspaniałość. Może lepiej by było, gdyby tego nie zrobiła. Może ktoś powinien palnąć jej w łeb.
To samo mówiono o Jacovie Angevine, lecz moralni, myślący ludzie niemal nie są w stanie wyobrazić sobie takiego zabójstwa, póki holokaust nie stanie się faktem dokonanym.
Te drzwi również zostawiłem otwarte, po czym powoli ruszyłem w stronę środka pustego magazynu, miejsca, w którym znajdował się ołtarz, gdzie boska maszkara Jacovy spoczywała na aksamicie koloru masakry. Ściskałem latarkę tak mocno, że zaczęły mi drętwieć palce prawej dłoni.
Za mną rozległ się dźwięk szurania piasku o podłogę, jakby czyjeś kroki. Odwróciłem się gwałtownie. Stopy mi się poplątały, prawie upadłem na tyłek, prawie upuściłem latarkę. Jakieś trzy czy cztery metry ode mnie stało dziecko. Zobaczyłem, że drzwi prowadzące z powrotem na alejkę są zamknięte. Dziewczynka nie mogła mieć więcej niż dziewięć, dziesięć lat. Była ubrana w poszarpane dżinsy i koszulkę umazaną błotem albo czymś, co wyglądało jak błoto w półświetle magazynu. Włosy miała krótkie, blond lub jasnobrązowe, trudno powiedzieć.
Większą część jej twarzy skrywał cień.
– Spóźniłeś się – powiedziała.
– Jezu Chryste, dziecko, wystraszyłaś mnie niemal na śmierć.
– Spóźniłeś się – powtórzyła.
– Spóźniłem się na co? Przyszłaś tu za mną?
– Bramy są już zamknięte. Nie otworzą się już nigdy, ani dla ciebie, ani dla nikogo innego.
Spojrzałem na drzwi, które zostawiłem otwarte. Podążyła za moim wzrokiem.
– Zamknęłaś te drzwi? – zapytałem. – Nie przyszło ci do głowy, że zostawiłem je otwarte z jakiegoś powodu?
– Czekałam tak długo, ile się ośmieliłam – odparła, jakby to miała być odpowiedź na moje pytanie, po czym odwróciła się z powrotem twarzą w moją stronę. Zrobiłem jeden krok w jej kierunku, może dwa i przystanąłem.
W tej samej chwili doświadczyłem uczucia lub uczuć, które autorzy powieści tajemnic i horrorów, od Poe po Theo Angevine’a, usiłowali przekazać – niemal bolesne ciarki, kiedy włosy na karku, ramionach i nogach stawały mi dęba, lodowaty węzeł w żołądku, dreszcze, poruszenie w kiszkach i pęcherzu, ucisk w kroczu. Ścięło mi krew w żyłach. Można wywlec wszystkie te pieprzone schematy, a i tak nie wyrażą tego, co czułem, stojąc tam i patrząc na dziewczynkę, która patrzyła na mnie, zaś słabe światło wpadające przez okna odbijało się w jej oczach.
Spoglądając prosto w jej twarz, bałem się jak nigdy dotąd. Ani w strefach działań wojennych, gdy ryczały syreny przeciwlotnicze, ani podczas wywiadów, które przeprowadzałem z lufą pistoletu przystawioną do skroni lub do karku. Ani czekając na wyniki biopsji, po tym jak odkryłem dziwny pieprzyk. Ani nawet tamtego dnia, kiedy poprowadziła ich w morze, a ja siedziałem w barze na Brooklynie i oglądałem to w CNN.
I nagle już wiedziałem, że dziewczynka nie przyszła tu za mną z alejki, nie zamknęła drzwi. Ona tam była cały czas. I wiedziałem też, że nawet setki warstw farby nie zdołałyby unicestwić labiryntu Jacovy.
Tatko był mądry. Latem, kiedy dach z darni odmarzał i wypadały z niego węże, łapał je w koce rozwieszone pod sufitem. Zwykle węże bycze, ale czasem grzechotniki. Jakby ktoś potrząsał paczką nasion. Tatko mówił, że wciąż były śpiące po zimowym śnie, dlatego nie bał się do nich zbliżać. Z każdego koca robił worek i wynosił wijący się ciężar na najdalszy koniec pastwiska i tam wrzucał do strumienia. Od topniejącego w górach śniegu woda była głęboka i rwąca, porywała węże. Mama ostrzegała nas, żebyśmy nigdy nie chodzili w dół strumienia, gdzie je wyrzucało. Chciała je zabijać, ale tatko mówił, że były zbyt śpiące, żeby chciały nam zrobić krzywdę, i że nie powinniśmy ich zabijać, skoro nie musieliśmy. Węże spadały na nas, bo tato wykopał tył chaty w zboczu. Ziemię rozrzucił na darni, na belkach dachu. Dzięki temu latem panował w środku chłód, a zimą ciepło, mieliśmy też osłonę przed wiatrem, który przy złej pogodzie wył w dolinie. Po pewnym czasie wyrosła tam trawa, ale ziemia pozostała miękka, więc węże kopały w niej norki. Zawsze je słyszeliśmy, zanim spadały, więc mieliśmy ostrzeżenie. Poza tym nie było ich wiele i trwało to tylko przez kilka tygodni wiosny. Mądry tatko wytwarzał najlepsze mydło w całej dolinie.
Wszyscy wiedzieli, jak zrobić miękkie. Dodać wody do popiołu drzewnego, żeby rozpuścić potaż. Potem przelać wodę przez warstwę słomy, by odcedzić brud i dodać do gotującego się tłuszczu zwierzęcego. Kiedy mieszanina wystygła, brało się pianę z samego wierzchu.
To było mydło. Ale na naszej ziemi znajdowała się odkrywka soli. Tatko eksperymentował, dodając sól do wrzącej wody i tłuszczu. Mikstura, gdy już wystygła, robiła się twarda. Dodawał też piasku i wszyscy sądzili, że na tym polega jego sekret, ale nikomu nigdy nie udało się zrobić twardego mydła, bo tak naprawdę sekretem była sól. Obiecaliśmy, że nikomu nie powiemy.
Mieliśmy dziesięć kurcząt, konia, krowę, owcę, psa i kota. Pies był owczarkiem szkockim. On i kot pojawili się u nas dzień po dniu, nie wiadomo skąd. Sadziliśmy sałatę, groszek, marchew, fasolę, ziemniaki, kukurydzę i kabaczki. Musieliśmy postawić wokół ogrodu solidne ogrodzenie, żeby go ochronić przed królikami. Ale ptaki wciąż usiłowały wyjeść nasiona, więc tatko sprzedał twarde mydło i kupił płachty, które rozłożył nad ziemią. Ptaki się zniechęciły, a tatko zastrzelił te króliki, które nadal próbowały. Powiedział, że musiał to zrobić, aby ratować ogród, a poza tym była z nich dobra potrawka.
Nigdy nie głodowaliśmy. Tatko wykopał pod chatą piwniczkę, w której trzymaliśmy marchew, ziemniaki i kabaczki na zimę. Mama robiła konserwy z groszku i fasoli, a wieczka plombowała woskiem, tak jak pokazał jej tatko. Mieliśmy nawet starą jabłoń, która rosła tam jeszcze przed naszym przybyciem. Mama piekła najlepsze ciasta, część owoców przechowywaliśmy. Wszyscy pracowaliśmy. Tatko pokazywał nam, co mamy robić.
W gorące letnie noce, kiedy razem z mamą uczył nas czytać na Biblii, czasem słyszeliśmy wycie dobiegające od strony wzgórz. Auu, auu, auu, auu. Ujadanie do księżyca.
– Psy Boga – mówił tatko. – Tak je nazywają Indianie.
– Czemu? – zapytała Judith.
– Bo są praktycznie niewidzialne. Tylko Bóg je widzi.
– Jak wyglądają? – chciał wiedzieć Daniel.
– Głuptas – odpowiedziałam. – Skoro tylko Bóg je widzi, skąd ktokolwiek może wiedzieć, jak wyglądają?
– Cóż, ludzie widzieli je parę razy – wyjaśnił tatko. – Są brązowe. Mają spiczaste uszy i czarne czubki ogonów.
– A jak są duże? – zapytała Judith, obejmując się ramionami.
– Trochę większe niż Chester. – Chester to był nasz pies. – Przypominają psy, ale można je poznać po tym, że biegnąc, kulą ogon pod siebie, a psy zadzierają do góry.
– Ktoś tu chyba dobrze im się przyjrzał – zauważyłam.
Tata skinął głową.
– Widziałem jednego dawno temu. Zanim spotkałem waszą matkę. Siedziałem sam przy ognisku. Wyłonił się z ciemności i patrzył, stojąc na granicy światła. Musiał wywąchać królika, którego gotowałem. Po chwili zawrócił. Zanim zniknął w ciemności, oglądnął się na mnie, jakby mnie o coś obwiniał.
– Bałeś się? – zapytał Daniel.
– Pora spać – oświadczyła mama. Rzuciła tatkowi zdecydowane spojrzenie.
– Nie, nie bałem.
Była pełnia. Wycie dochodziło ze wzgórz przez kilka godzin.
Następnego lata panowała susza. Inni farmerzy stracili studnie i musieli się przenieść, ale topniejący w górach śnieg wciąż zasilał nasz strumień wystarczająco, by utrzymać ogród. Osiki na zboczu miały jednak gorzej. Wyschły tak bardzo, że spłonęły od uderzenia pioruna. Nocą na wzgórzach migotały światła. Do doliny docierał dym. Judith miała trudności z oddychaniem.
W końcu nadeszła burza. Łaska boska, stwierdziła mama, patrząc, jak deszcz przegania dym i gasi płomienie na wzgórzach. Rankiem po pierwszym przymrozku
Daniel wbiegł do chaty.
– Tatku, szybko – powiedział.
Nasza owca leżała pośrodku pastwiska z rozerwanym gardłem i pogryzionym brzuchem. Wszędzie była krew i strzępy wełny. Pozostałe zwierzęta, dygocząc, trzymały się na dystans.
Widziałam pulsujące żyły na szyi tatki, kiedy spoglądał w stronę wzgórz.
– Na noc zamkniemy krowę i konia w zagrodzie przy chacie. Na padlinie jest mięso. Ruth – zwrócił się do mnie – przynieś siekierę i nóż. Daniel i ja musimy rozebrać owcę. Weź nożyce – powiedział do matki. – Zbierzemy to, co zostało z wełny.
Następnego ranka tatko kazał nam zostać w domu, a sam poszedł sprawdzić, co z resztą zwierząt. Długo nie wracał. Mama ciągle podchodziła do jedynego okna w domu. Słyszałam, jak tatko kopie. Kiedy wrócił, miał ponurą twarz.
– Kurczęta. Wszystkie martwe. – Odwrócił się do mamy. – Same głowy i pióra, nic więcej nie zostało. Nawet na zupę mięsa nie będzie. Zakopałem je.
– A co z jajkami?
– Ani jednego.
Tej nocy tatko nabił strzelbę, założył palto i poszedł do szopy, w której zamknął konia i krowę. Auu, auu, auu, auu. Patrzyłam w sufit i słuchałam ujadania. Ale dochodziło z daleka, echo odbijało się od jednego krańca doliny do drugiego. Kiedy tatko wrócił następnego ranka, wiał zimny wiatr. Ziemię przyprószył śnieg. W oczach tatka było napięcie, ale mówił z wyraźną ulgą.
– Wygląda na to, że ruszyły dalej – powiedział, odkładając strzelbę.
– Sprzedamy mydło i kupimy nowe kurczęta – odparła mama i nalała mu kawy.
Do południa zrobiło się chłodniej. Chmury otuliły grzbiety gór.
– Zanosi się na wczesną zimę – stwierdził tatko.
– Dzięki Bogu – powiedziała mama. – Po takiej suszy w górach przyda się wilgoć. Strumień potrzebuje śniegu.
Podczas kolacji usłyszeliśmy na zewnątrz trzask drewna i rżenie konia. Tatko upuścił widelec i chwycił strzelbę. Nie zdążył jej nawet załadować. Mama podała mu latarnię. Patrzyliśmy przez okno, jak światło huśtało się w tę i nazad, kiedy tatko spieszył w stronę zagrody przy szopie.
Biegł dalej. Minął ogrodzenie. Światło latarni robiło się coraz mniejsze, aż w końcu w ogóle nie było go widać w ciemności. Słuchałam wiatru. Drgnęłam, gdy rozległ się strzał. A potem znów słyszałam tylko wiatr. W powietrzu unosił się śnieg. Mama coś szeptała, obserwując przez okno noc. Chyba „proszę, Boże”. Czekaliśmy.
– Ruth, przynieś Danielowi palto i latarnię – nakazała mi mama. – Musi wyjść i zobaczyć, czy tatko nie potrzebuje pomocy.
Ale wcale nie musiał.
– Patrzcie! – odezwała się Judith, stając na czubkach palców i wskazując coś dłonią.
Dostrzegliśmy plamkę światła. Robiła się coraz większa, poruszana wiatrem i ręką tatka. Kiedy tatko wszedł do środka, pokój wypełniło zimno. Judith zakaszlała.
Tatko zamknął drzwi na klucz i odstawił latarnię.
– Coś tak bardzo przestraszyło konia, że połamał ogrodzenie i próbował uciec.
– Próbował? – zapytał Daniel.
Tatko patrzył przez okno.
– Cokolwiek przeraziło konia, powaliło go, ale nie zdążyło zbyt wiele zjeść. Strzeliłem, uciekły w mrok.
– One? – zapytałam.
– Nie strasz dzieci – wtrąciła mama.
– Muszą wiedzieć, żeby były ostrożne.
– Już są.
– Więc muszą być bardziej.
– One, tatku? – zapytał Daniel. – Psy Boga? Biegły z podkulonymi ogonami?
Tatko skinął głową.
– Teraz to są Psy Diabła. Chyba jednego trafiłem. Znalazłem krwawy ślad, ale to mogła być krew konia kapiąca im z pysków. Wszyscy stali w bezruchu.
– Judith, weź siekierę i nóż – powiedział tatko. – Daniel i ja musimy rozebrać konia, zanim one wrócą.
– Rozebrać? – powtórzyła Judith.
– Będziemy jeść końskie mięso? – spytał Daniel.
– Mięso to mięso. Kiedy nadejdzie zima, będziemy potrzebowali tyle jedzenia, ile zdołamy zdobyć.
W otaczającej nas ciemności mama i ja drżałyśmy, trzymając latarnie, które kołysały się na wietrze, podczas gdy tatko i Daniel cięli konia na kawałki. Tatko kazał nam nieustannie obserwować mrok, na wypadek gdyby one wróciły. Obok niego leżała zawinięta w koc strzelba. Tylko Judith nie pracowała. Trzęsła się zbyt mocno, by utrzymać latarnię w zamieci.
– Patrzcie na ślady łap na śniegu – zauważył Daniel.
– Wiem – odparł tatko. – Nienaturalne.
FRAGMENT 2 (Caitlín R. Kiernan: Wszystkie domy zniknęły, zalało je morze)
Zaparkowałem na pustej działce na końcu ulicy, przy której stał magazyn, w nadziei, że żaden przechodzień mnie nie zauważy – a zwłaszcza że nie zauważy mnie przejeżdżająca policja. Szedłem szybko, nie biegnąc, ponieważ ktoś, kto biegnie, jest podejrzany i nieuchronnie przyciąga uwagę tych, którzy wypatrują podejrzanych spraw. Nie byłem tak pijany, jak mogłem być, nawet nie tak, jak powinienem być. Usiłowałem zająć czymś umysł, odnotowując mniej znaczące szczegóły ulicy, nieba, pogody. Śmieci zmieszane z wodorostami i żwirem – niedopałki papierosów, plastikowe butelki po napojach (przypominam sobie Pepsi, Coca-Colę i Mountain Dew), papierowe torby i kubki z fast foodów (McDonald’s, Del Taco, KFC), odłamki szkła, nierozpoznawalne kawałki metalu, zardzewiała tablica rejestracyjna z Oregonu. Niebo było boleśnie błękitne, mdlące. Jedynie wysokie pierzaste chmury zaburzały jego duszące pastele. Wzdłuż ulicy nie stały żadne samochody, nie zauważyłem żywego ducha. Kilka pojemników na śmieci, znak stopu, wielki stos kartonów moczonych deszczem tyle razy, że nie dało się już dokładnie określić, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. I kołpak.
Gdy w końcu dotarłem do magazynu – najpierw stał się świątynią na wpół zapomnianych bogów, potem miejscem przestępstwa, a teraz zmieniał się w coś jeszcze innego – dałem nura w wąską uliczkę oddzielającą go od opuszczonego magazynu i budynku spedycyjnego firmy Monterey Peninsula (założonej w 1924 roku). Z tej strony znajdowały się drzwi z niezbyt solidnym zamkiem. Przy odrobinie szczęścia, pomyślałem, nikt tego nie zauważył, a jeśli nawet, nie zawracał sobie głowy naprawianiem.
Serce mi dudniło, miałem zawroty głowy – usiłowałem to zwalić na mdlący kolor nieba – a w ustach metaliczny posmak, jak po świeżo zaplombowanym zębie.
W alejce było chłodniej niż na Pierce Street. Słońce znajdowało się już dość nisko na zachodzie, od pewnego czasu musiał tu padać cień. A może ta alejka zawsze tonęła w cieniu i nigdy nie było w niej ciepło. Znalazłem drzwi wejściowe dokładnie tam, gdzie miałem nadzieję je znaleźć. Trzy lub cztery minuty majstrowania przy rozlatanej mosiężnej gałce wystarczyły, by je otworzyć. Wewnątrz magazynu panował mrok i jeszcze większy chłód niż na zewnątrz. Powietrze śmierdziało ziemią i kurzem, złymi wspomnieniami i pustką. Stałem w progu przez chwilę lub dwie, myśląc o głodnych szczurach i pijanych włóczęgach, bredzących ćpunach z ołowianymi rurkami, sieciach trujących pająków. Potem odetchnąłem głęboko i wszedłem do środka, z cienia w bardziej zdecydowaną ciemność, większy chłód i wszystkie przyziemne zagrożenia.
Wszystko umknęło z mojego umysłu oprócz Jacovy Angevine i jej wyznawców – o ile można ich tak nazwać – odzianych w biel, a także istoty, którą widziałem na ołtarzu, kiedy byłem tu jeden jedyny raz, w świątyni Otwartych Wrót Nocy.
Zapytałem o to kilka tygodni przed końcem, podczas naszej ostatniej wspólnej nocy. Skąd ona się wzięła, kto ją zrobił. Jacova przez chwilę leżała bardzo spokojnie, słuchając fal lub tylko zastanawiając się, która z odpowiedzi mnie zadowoli. W świetle księżyca wpadającym przez motelowe okno wydawało mi się, że się uśmiecha, ale nie byłem pewien.
– Jest bardzo stara – odezwała się w końcu. Już niemal zasypiałem i musiałem się na powrót rozbudzić. – Nikt żyjący nie pamięta, kto ją zrobił. Myślę jednak, że naprawdę istotne jest tylko to, że została zrobiona.
– Jest obrzydliwa jak cholera – wymamrotałem sennie.
– Wiesz o tym, prawda?
– Jasne, ale ukrzyżowanie też jest. A także krwawiące posągi Marii Panny i wizerunki Kali. I egipskie bóstwa o głowach zwierząt.
– No dobra, nie kłaniam się żadnemu z nich – odpowiedziałem coś w tym rodzaju.
– To, co boskie, zawsze jest odrażające – wyszeptała, po czym odwróciła się do mnie plecami.
Przed chwilą byłem w magazynie na Pierce Street, prawda? A teraz leżę w łóżku z prorokinią z Salinas. Ale nie będę rozpaczać, bo nie ma powodu, żeby się skupiać na jednej rzeczy, żeby przystosować się do restrykcyjnej iluzji linearnej narracji. To nadciąga. Nadciągało cały czas. Jak powiedział Job Foster w czwartym rozdziale Ostatniego lichwiarza Bodega Bay: „Ja tylko tak opowiadam historie, przecież wiesz. Zaczynam od początku. Niczego nie opuszczam”.
Gówno prawda, oczywiście. Podejrzewam, że nieszczęsny Job Foster o tym wiedział i że ja też to wiem. Zadaniem pisarza nie jest „opowiedzieć wszystko”, a nawet zadecydować, co zostawić, lecz czego nie powiedzieć. Cokolwiek zostanie, ta skromna suma boskiego podziału to przeklęta chimera, którą nazywamy „opowieścią”.
Nie buduję, lecz tnę. Wszystkie historie, czy to ogłaszane prawdziwymi, czy to uznane za fałsz, są fikcyjne, oderwane od jakichkolwiek obiektywnych faktów poprzez wspomniane cięcie. Kilogram ciała. Stos trocin. Niepotrzebne odłamki marmuru z Carrary. Same resztki. Przeklęty człowiek w pustym magazynie.
Zostawiłem otwarte na oścież drzwi, nie miałem odwagi zamknąć się w tym miejscu. Zrobiłem już kilka kroków. Pod butami głośno chrzęściły odłamki szkła z rozbitego okna, kruszące się w pył, gdy przypomniałem sobie o latarce, którą miałem w kurtce. Jednak jej blask ledwo rozjaśnił ciemność, niemal wcale, przypomniał mi tylko o oślepiających białych promieniach z Tiburona II sunących po mule na dnie kanionu. No dobrze, pomyślałem, przynajmniej coś widzę, o ile jest tu cokolwiek, co można zobaczyć. Jakiś inny, nie tak znajomy głos w mojej głowie natychmiast zażądał odpowiedzi, czemu, u diabła, chciałbym w ogóle coś zobaczyć. Drzwi otwierały się na wąski korytarz, betonowe ściany w kolorze miętowej zieleni i niski sufit. Przeszedłem nim do końca – nie więcej niż dziesięć metrów, najwyżej dziesięć – mijając puste pomieszczenia, w których kiedyś mogły znajdować się biura, i dotarłem do otwartych stalowych drzwi oznaczonych blednącym pomarańczowym napisem tylko dla personelu.
– To jedynie pusty magazyn – wyszeptałem, oddychając głośno. – To wszystko, pusty magazyn.
Wiedziałem, że to nieprawda, już nie, od dawna nie, pomyślałem jednak, że może kłamstwo podniesie mnie na duchu bardziej niż światło latarki, którą trzymałem w dłoni. Joseph Campbell napisał: „Narysuj okrąg wokół kamienia, a kamień stanie się inkarnacją tajemnicy”.
Coś w ten deseń. A może ktoś inny to powiedział, tylko ja źle zapamiętałem. Rzecz w tym, że Jacova narysowała okrąg wokół tego miejsca, wiedziałem o tym, tak jak narysowała go wokół siebie, tak jak ojciec narysował go wokół niej...
Tak jak ona narysowała go wokół mnie.
Drzwi nie były zamknięte. Za nimi znajdowało się ogromne, opuszczone serce budynku, płaska równina cementu przedzielona stalowymi wspornikami. Przez liczne okienka na wschodniej i zachodniej ścianie wpadała odrobina światła, mniej, niż się spodziewałem. Wydawało się słabe, rozcieńczone w stęchłym powietrzu. Przesuwałem latarkę w tę i z powrotem, oświetlając podłogę u swoich stóp. Ktoś zamalował wszystkie kunsztowne, kolorowe rysunki umieszczone tam przez Otwarte Wrota Nocy. Gruba warstwa szarego lateksu pokrywała zawiłe, przeplatające się linie, które, jak wierzyła Jacova, tworzyły most, przejście – właśnie tego słowa użyła. Wszyscy widzieli zdjęcia tej podłogi, chociaż jeszcze nikt się z tymi malunkami nie uporał. Yantra. Labirynt. Zakrętasy, splątana masa morskich stworzeń wyciągających się w stronę odległego czarnego słońca. Symbole hinduistów, Majów i Chinooków. Precyzyjne kontury topograficznej mapy kanionu Monterey. Wszystko to z osobna i wszystko razem, równocześnie. Słyszałem, że pewna antropolog z Berkeley pisze książkę o tej podłodze. Być może opublikuje zdjęcia, które zdołają przekazać jej potworną wspaniałość. Może lepiej by było, gdyby tego nie zrobiła. Może ktoś powinien palnąć jej w łeb.
To samo mówiono o Jacovie Angevine, lecz moralni, myślący ludzie niemal nie są w stanie wyobrazić sobie takiego zabójstwa, póki holokaust nie stanie się faktem dokonanym.
Te drzwi również zostawiłem otwarte, po czym powoli ruszyłem w stronę środka pustego magazynu, miejsca, w którym znajdował się ołtarz, gdzie boska maszkara Jacovy spoczywała na aksamicie koloru masakry. Ściskałem latarkę tak mocno, że zaczęły mi drętwieć palce prawej dłoni.
Za mną rozległ się dźwięk szurania piasku o podłogę, jakby czyjeś kroki. Odwróciłem się gwałtownie. Stopy mi się poplątały, prawie upadłem na tyłek, prawie upuściłem latarkę. Jakieś trzy czy cztery metry ode mnie stało dziecko. Zobaczyłem, że drzwi prowadzące z powrotem na alejkę są zamknięte. Dziewczynka nie mogła mieć więcej niż dziewięć, dziesięć lat. Była ubrana w poszarpane dżinsy i koszulkę umazaną błotem albo czymś, co wyglądało jak błoto w półświetle magazynu. Włosy miała krótkie, blond lub jasnobrązowe, trudno powiedzieć.
Większą część jej twarzy skrywał cień.
– Spóźniłeś się – powiedziała.
– Jezu Chryste, dziecko, wystraszyłaś mnie niemal na śmierć.
– Spóźniłeś się – powtórzyła.
– Spóźniłem się na co? Przyszłaś tu za mną?
– Bramy są już zamknięte. Nie otworzą się już nigdy, ani dla ciebie, ani dla nikogo innego.
Spojrzałem na drzwi, które zostawiłem otwarte. Podążyła za moim wzrokiem.
– Zamknęłaś te drzwi? – zapytałem. – Nie przyszło ci do głowy, że zostawiłem je otwarte z jakiegoś powodu?
– Czekałam tak długo, ile się ośmieliłam – odparła, jakby to miała być odpowiedź na moje pytanie, po czym odwróciła się z powrotem twarzą w moją stronę. Zrobiłem jeden krok w jej kierunku, może dwa i przystanąłem.
W tej samej chwili doświadczyłem uczucia lub uczuć, które autorzy powieści tajemnic i horrorów, od Poe po Theo Angevine’a, usiłowali przekazać – niemal bolesne ciarki, kiedy włosy na karku, ramionach i nogach stawały mi dęba, lodowaty węzeł w żołądku, dreszcze, poruszenie w kiszkach i pęcherzu, ucisk w kroczu. Ścięło mi krew w żyłach. Można wywlec wszystkie te pieprzone schematy, a i tak nie wyrażą tego, co czułem, stojąc tam i patrząc na dziewczynkę, która patrzyła na mnie, zaś słabe światło wpadające przez okna odbijało się w jej oczach.
Spoglądając prosto w jej twarz, bałem się jak nigdy dotąd. Ani w strefach działań wojennych, gdy ryczały syreny przeciwlotnicze, ani podczas wywiadów, które przeprowadzałem z lufą pistoletu przystawioną do skroni lub do karku. Ani czekając na wyniki biopsji, po tym jak odkryłem dziwny pieprzyk. Ani nawet tamtego dnia, kiedy poprowadziła ich w morze, a ja siedziałem w barze na Brooklynie i oglądałem to w CNN.
I nagle już wiedziałem, że dziewczynka nie przyszła tu za mną z alejki, nie zamknęła drzwi. Ona tam była cały czas. I wiedziałem też, że nawet setki warstw farby nie zdołałyby unicestwić labiryntu Jacovy.
